sobota, 26 maja 2018

Hiszpańska masakra Górami Iberyiskimi.

           Ręce wzniesione w górę! Druga runda, w zmaganiach z cyklem UTWT zakończona zwycięstwem, sukcesem, no po prostu zakończona. Drugim wyścigiem z cyklu, który sobie wymyśliłem był hiszpański stuośmiokilometrowy challenger - Penyagolosa Trails HG (przewyższenie 5600m). Przygotowania przebiegły jak przebiegły i oto nastał dzień, który dał nam Pan. No prawie, bo przed dniem zero, poszliśmy z Konkubiną odebrać pakiety. Poszło szybko, łatwo i przyjemnie, więc można było zjeść wczesny obiadek i uciąc sobie przedstartową drzemkę. Znaczy ja ją ucinałem, bo Konkubina leciała MiM, który startował o 7:00 bodaj, a mój CSP o północy.




Wstałem, wziąłem graty i poczłapałem na start. Szybka kontrola wyposażenia obowiązkowego i sru na plac startu, na którym  pomyślałem sobie - po grzyba komuś długie spodnie w lato? No i długie gacie powędrowały w ręce Mojej Lepszej Połowy, która przyszła obejrzeć bandę przygłupów start. Północ, gong, brzdęk i poszłoooooo! Na spokojnie (według sporządzonej na podstawie wiedzy i doświadczenia   profilu i szacunkowych czasów pomnożonych przez współczynnik chujwiejaktobędzie  108km miał zostać osiągnięty po 20 godzinach 40 minutach i 50 sekundach) przez miasto, asfaltem. Sporo ludzi stojących wzdłuż trasy i dodających animuszy biegnącym okrzykami ¡Ánimo!

 Profil trasy.

                 Pierwsza górka, w ramach rozgrzewki, nie za wysoko i łagodny zbieg na pierwszy punkt - Borriol (6 minut lepiej od planowanego czasu). Szybki bufet (sam się zdziwiłem, że się nie grzebałem), uzupełnienie płynów w bidonie i jazda dalej. Od razu pod górę.Ale jakoś tak przyjmie.  Super temperatura w nocy, piękny widok białej rzeki świateł z czołówek ludzi, którzy już dawno wyszli z bufetu i są kilometry przede mną ...magia!
Tych dwóch z pierwszego planu finalnie wyprzedziłem.


W górę, zgodnie z planem, tempem wracającego z melanżu, bladym świtem, marynarza, w dół trochę szybciej i melduję się na drugim bufecie - okolice 25km. 43 minuty przed planowanym przybyciem. W głowie, od razu odzywaja się dwa głosy. Słodki diabełek mówi Zajebiście! Przy takim tempie  jesteśmy trzy godziny wcześniej! Zły anioł zagłady zaś, groźnie mruczy Taaa...Przyspiesz...jeszcze szybciej leć! Zasuwaj..zobaczymy gdzie padniesz i zostaniesz.  No nic...diabełka pod ramię i lecimy! Wszak na punkcie mówią ¡Ánimo!



              Po bufecie łagodny zbieg (ogólnie bardzo fajna trasa do biegania; sporo ścieżek, czasem trafił się beton/asfalt, tyle, że kamieni sporo), trochę płaskiego i górka, dołek, górka, dołek. Tempo (jak na mnie  i mój plan) całkiem spoko, samopoczucie eleganckie, nic nie boli (rzecz jasna jak na przebiegnięty dystans) - melduje się w Useres - 34 km (41 minut przed czasem). Diabeł z aniołem ględzą dalej, słuchając ich dialogu staram się pożerać jak najwięcej rzeczy, które nie są słodkie (między punktami, klasycznie, napychałem się żelami), zatankowanie bidonów i jazda dalej! Trochę zaczynam się obawiać wschodzącego słońca. Swoją drogą życzyłem sobie pięknego wschodu, pełnego romantyzmu i w ogóle, a tu jakoś, po prostu nagle się zrobiło jasno. Lipa - za wrażenia artystyczne przy wschodzie  słońca punkt dla MIUT. Wgramoliłem się na jakąś górkę 746 m n.p.m (niby nie za wysokie te góry a 5600m uzbierali..) i (jakżeby inaczej) na dół...Witamy w Atzenta. Właśnie przebiegłeś maraton! 40 minut przed planowanym przybyciem. Anioł zaczyna się uśmiechać, a diabeł mówi jest dobrze, jest szybko! Wcale nie tracisz - sikałeś, to trochę straciłeś!  Żer, picie,  wysłuchanie okrzyków ¡Ánimo!   i w drogę. Do następnego punktu - Benafigos - 10km i tylko pod górę (+580m). Więc mocniej na patyki i do góry! Słońce też coraz wyżej na niebie, ale wciąż za lekkimi chmurami...nie grzeje za bardzo. Jest dobrze.  ba! a nawet bardzo dobrze - tempo biegu marszu pod gorę poniżej 8:00 min/km szybko (z adnotacją, że jak na mnie rzecz jasna...). Mijam po drodze tabliczkę, która ma wskazywać kilometry...hm...trochę dziwne bo rozjeżdża się ze wskazaniami zegarka..hm...ee tam. lecimy! W Benafigos , zgodnie z planem, postanawiam sobie chwilę odsapnąć na punkcie. Zjeść wolniej, rozkoszować się widokami, złapać oddech...I to nie dlatego, że mam 59(!) minut przewagi nad planowanym czasem. Po prostu zaraz czeka mnie najtrudniejszy (o ja głupi i naiwny) moment na trasie. Zbieg z 960 na 541  metrów, a wszystko to po to, żeby się znów wpierdolić na 1083 metry. Według organizatora +900 metrów na 12 kilometrach. Na dokładkę, wlazłem już ponad te chmury i słońce wali z całą swoja mocą...No to ¡Ánimo! Zbiegam..i na dzień dobry zdziwko...zamiast pruć jak strzała prosto w dół, leci się zakosami... 15 metrów w lewo, 15 w prawo, 15 w lewo, 15 w prawo... I tak, kurwa, do zajebania...znaczy do samego dołu...głębszy oddech..trochę płaskiego i do góry. Ale  jak żółw..góra stroma, luźne kamienie...więc i tempo 18 min/km się zdarza...zaczyna się koszmar..tak to widzę...Nie jem już tak często jak powinienem, ale za to dużo piję..człapię...

Wchodzimy ponad chmury. Nic już nie chroni przed słońcem.


Cullo przybyłem! Miałaś być na 66 kilometrze, a jesteś na 70...trudno..nie mam siły...W Culli spędzam ponad kwadrans. Mogę sobie na to pozwolić, bo o dziwo nadal jestem do przodu..i to 74 minuty. A tak naprawdę nawet jakbym miał godzinę w plecy to bym tyle siedział. Staje sobie przy gościu, który kroi arbuza i zżeram prawie całego. To się Hiszpan dziwił :) Wychodzę z punktu, a tu przemiła pani zaprasza mnie do kontroli wyposażenia obowiązkowego. Losuje mi jedną rzecz...No i nie zgadniecie co wylosowała. Tak kurwa...jebane pantalones. Tnę głupa i pokazuję, ze mam spodnie na sobie, ona w śmiech, ale jest nieugięta. Długie aamigo! Widać jednak, ze chce coś pomóc i mówi, ze może je zostawiłem na przepaku (który jest w tym punkcie), a ja? a ja baran nie skumałem jakie ona ma intencje i mówię, że nie...Nie kurwa..zostawiłem na jebanym starcie...W sukurs, na szczęście, przyszedł mi jakiś młody wolontariusz. Zarządził drugie losowanie i byłem uratowany. Ale ze strachu się obsrałem i tak..Jeszcze by mnie zatrzymali. Mam nauczkę, że nawet absurdalne rzeczy, jak są obowiązkowe trzeba brać. Na zakończenie rzucili, krótkie , dodające otuchy ¡Ánimo! Uśmiechnąłem się i ruszyłem. Najpierw pięćset metrów w dół, żeby zrobić siedemset w górę. Zaczynam odczuwać coraz bardziej trudy...


Docieram do Vistabelli. 84 km planowo, 89 na zegarze. Nie wiem już jak mam to liczyć...zakładając, że 89km to 89 km mam  112minut przewagi nad planem...Ale czy mam przewagę czy nie..jestem słaby strasznie. Diabeł śmieje się do rozpuku..anioł co gorsza też.. Chuj ¡Ánimo!  Pocieszam się tym, że ma być średnio, a wręcz mało, górzyście. idę...Na 91 kilometrze dostaję taki strzał, że aż stanąłem. Dobrze, że mam kijki, bo bym nie mógł stać. Czuję, że zaraz wywalę całą treść żołądka na ziemię...Próbuję iść, ale zatrzymuję się co kilkanaście kroków...Jest prawie płasko a ja się poruszam tempem 15:00 min/km... Diabeł wykonuje klasycznego rotfla.. Ja jestem już bliski tego, żeby zadzwonić  po małżeństwo, które przybyło z nami turystycznie, aby przyjeżdżali do Xodos, bo tam kończę wyprawę. Nie mam siły nawet sięgnąć po telefon. Biegacze wyprzedzają mnie jak chcą..Nawet ci umierający mnie wyprzedzają... Prawie wkładam sobie kijek w gardło, żeby się porzygać. Nagle zlitował się nade mną anioł...Nachylił sie do ucha i szepcze Zjedz żel..wiem, że sobie tego nawet nie wyobrażasz, ale to Ci pomoże...może się zrzygasz...może dostaniesz zastrzyk energii...Zjedz go... Zjadam. Nic się nie dzieje...nie wymiotuję, nie mam siły...Nic...ale ide...Dziwnie mi zaczyna wracać wiara. Nie siły, ale w głowie zaczyna gościć spokój. Nie myślę już o tym, żeby dzwonić po samochód. Jakoś doczłapuje się do Xodos. Jest punkt odżywczy. Miał byc na 94kilometrze jest na 99 (wg mojego zegarka). Siadam na krzesełku, zjadam makaron...nabieram sił...czuję, że muszę ruszać dalej, bo zostanę. Ruszam. Nie wiem jak to zrobiłem, ale zaczepia mnie nagle jakiś gość i mówi - Stary idziesz w złym kierunku. Co?! No to - idziesz w przeciwną stronę. Super kurwa..400 metrów se dołożyłem. Pomyłem trasę, której nie dało się pomylić.  Już wiem, ze skończyłem się ścigać i tylko mam osiągnąć metę. Uśmiecham się jednak, bo mam 72 minuty przewagi w stosunku do planu. Jest źle, ale nie beznadziejnie. 



                  Człapię. Wlokę się po 12 min/km. Mijam oznaczenie kilometrowe trasy...Nie podoba mi sie to. Docieram do przedostatniego punktu. Powinien być chwilę przed setnym kilometrem, a u mnie już jest nabite 105. Powinny być jeszcze trzy do mety, a ja wiem, ze będzie ich więcej...maszeruję dalej..¡Ánimo! Mijają mnie niedobitki kobiece z odbywających się mistrzostw świata. Panie z Islandii ...Zaczyna się robić ciemno i grzmieć w oddali...Super...Niech jeszcze pierdolnie burza...Przyspieszam do 11 min/km (hahaha), zakładam kurtkę bo mi zimno. 108km. Meta. Znaczy być powinna meta, a jest czarna dupa. Szlag by to wszystko trafił. Spotykam jakiś lotny punkt kontrolny¡Ánimo!  Już tylko z górki! Dasz rade! Idę...Z daleka widzę już światła mety. Wybiegam Wychodzę z lasu i wolnym, statecznym  krokiem zmierzam , między barierkami, ku zegarowi i linii mety. Pomimo tego, że do limitu jeszcze dużo brakuje punkt zaczyna się zwijać (!). Kilka niemrawych okrzyków, jakieś niedobitki ludzi....Smutno jakoś..Ale co z tego?? Jestem na mecie! 116 kilometrów według zegarka. Dostaje najpaskudniejszy medal w życiu (ze sklejki), dostaje zupkę chińską do zjedzenia i browar do wypicia! Jestem królem świata! 21:45:40. Cholera wie czy poszło lepiej niż chciałem czy nie? Miało być 108 km, jest 116, miało być 20 godzin jest 21...Chuj z tym! jest świetnie.


             Już później analizując wszystko co się stało, wydaje mi się, że ta słabość była wywołane tym, że przestałem regularnie jeść. Na początku wpychałem w siebie żel, albo ciastko, co godzinkę. Później jakoś zacząłem to przeciągać od punktu do punktu. Nie zdało to egzaminu. Pozostaje wyciągnąć dwa wnioski - noś zawsze wyposażenie obowiązkowe, bo cie trafia na braku i żryj zgodnie z planem. Nieważne czy jest dobrze czy źle. Żryj i koniec.
                Następne dwa zaplanowane starty: Supermaraton Gór Stołowych i Bieg 7 Dolin. W tym drugim, do pobicia rezultat z debiutu na tej trasie: 15:25:34. Diabeł z aniołem już teraz siedzą i się śmieją...









czwartek, 12 kwietnia 2018

Gówno widać....

         A skoro gówno widać to znaczy tylko jedno. Jesteśmy w dupie! A przynajmniej ja jestem. Taki oto wniosek wysnułem po starcie na Maraton Leśnik . W czystej teorii cel został osiągnięty - miał to być start traktowany jako treningowe długie wybieganie po górach. A co na to praktyka? Umierałem....Umierałem kilkukrotnie. A czas spędzony między 26 a 42 kilometrem, był moją własną drogą krzyżową. Ale, może nie zaczynajmy od, nomen omen, dupy strony...
            Leśnik Maraton ( linka )to jeden z dystansów rozgrywany w ramach jednej imprezy (dwa pozostałe to 26km - nazwany półmaratonem, oraz 90km - Nadleśnik). Maraton - jak sama nazwa wskazuje - został rozegrany na dystansie 50km (chociaż mapa organizatora twierdzi co innego). Więc nie dziwcie się nigdy, gdy ktoś zapyta słynne "na ile kilometrów ten maraton". Leśnik Wiosna to preludium do pozostałych biegów rozgrywanych latem, jesienią i zimą.


        Dzień przed startem był strasznie ciepły, więc byłem w lekkim szoku, gdy musiałem rano skrobać samochód, którym miałem zawieźć tyłek na start. Wtedy zrozumiałem czemu w wyposażeniu obowiązkowym były czapka i rękawiczki...Szybka odprawa przed startem, ze zwróceniem uwagi na mały dziobek na końcu profilu i ......ruszyli! Kto miał biec szybko, pobiegł szybko, kto miał biec spokojnie, biegł spokojnie...I tak było wiadome, że życie zweryfikuje wszystkich startujących. Mając na uwadze, że początek jest wspinaczką na Bukowski Groń, nigdzie się nie spieszyłem. Szybko w ruch poszyły patyki kije i jak starszy pan, gramoliłem się w górę, osiągając miejscami zawrotne tempo 13:30 min/km. Ach...jakie to było uczucie..ten wiatr we włosach wywołany prędkością...
          Ze szczytu już szło lepiej. Ciach, ciach na Jaworzynę, pożerając na punkcie odżywczym ciasteczko i rozkoszując swoje oczy widokami. Piękna okolica! Tempo nawet, nawet. Wiadomo w dół szybciej, w górę wolniej...

Taki tam widoczek z trasy.

       Zbieg z Jaworzyny, drugie ciacho na punkcie odżywczym i rozpoczyna się marsz w górę. A właściwe na górę - najwyższy szczyt na trasie - Czupel. Wszystko ładnie, pięknie...i nagle..bez żadnego ostrzeżenia..nie wiadomo skąd - cios. W jednej chwili straciłem całe siły. Jakby tego było mało straciłem całą radość i motywację. Nawet żołądek się zbuntował i zaczął grozić, że zaraz wszystko odda. Tytułowe gówno po prostu. Pełzłem na ten Czupel, wspierając się na kijach przeklinając cały świat. Jakby tego było mało, czułem, że but ociera mi piętę, więc zatrzymałem się, żeby zakleić bolące miejsce. No i pełznę dalej... Gdzieś po drodze trafił się sklep. Kupiłem pół litra Coli, ciepło przyjąłem słowa otuchy od Pani Kierowniczki Sklepu (Panie..do 18:00 może Pan dobiec do mety? To i ja bym to zrobiła!), dwa łyki i jazda dalej. 


          Na 42 kilometrze cud. Wszystko minęło. Siły wróciły (oczywiście tyle ile może wrócić po maratonie), znów wróciła chęć do życia, znów świat stał się piękny. Tylko w palce zaczęło coś obcierać. Przystanąłem. Zakleiłem. I dalej jazda na Kozubnik! Moja kochana Konkubina, zapewne w celu podtrzymania mnie na duchu, przysłała krótką wiadomość tekstową Szykuj się na ostanie podejście. Przejebane jak na Maderze. No to sie psychicznie przygotowałem... Dodatkowo biegnący koło mnie koleżka, też jakby go przeczytał, bo rzucił Stary teraz to pikuś, poczekaj na następne podejście. Znaczy coś musiało być na rzeczy... No, ale co? Lecę dalej. Zbieg z Kozubnika, odbicie od szlaku....i chuj. Prawie pionowo. Z gąszczu drzew na stoku słychać jęki i płacz ludzi. No, ale idę..Fakt - ciężko było. Jakiś żal ogarniał, jak się mijało wielkiego, łysego chłopa, który siedział na ziemi i prawie płakał. Kto to, kurwa, wymyślił! Kto to, kurwa, mierzył?! Miało Być 48, a ja już mam prawie 50! Jeszcze, kurwa, maczetę powinni dawać w ten jebany gąszcz! Tak właśnie to wyglądało. Po kwadransie wspinaczki, czas na zjazd w dół! Po takiej samej stromiźnie. Facet na starcie mówił, że tam się można puścić...No to się puściłem - drzewa...bo zbiegałem od drzewka do drzewka..Na samym dole ubawiona Konkubina, szczerząc się, robi zdjęcia, jak niezgrabnie zbiegam poruszam się w dół.A później już na stadion LKS Zapora Porąbka, świńskim truchtem po wirażu stadionu, pośród burzy braw od  uczestników, którzy już skończyli i obżerali się zapiekankami, linia mety, drewniany medal na szyję, bezalkoholowy (hańba!) browar w rękę. I już. Koniec. Trochę ponad 7 godzin 17 minut.
          Leśnik lato w szczyrku 16 czerwca. Dwa tygodnie przed Supermaratonem Gór Stołowych...Hm...może?

             Podziękować mogę także za lekcję pokory, którą dostałem. Brak pokory został ukarany. Wydawało się, ze skoro mam sobie pobiec treningowo, to mogę sie nie przyłożyć do logistyki i oporządzenia się. Obcieranie stopy na trasie? Konsekwencja niechlujnego oklejenia przed startem. Obcierający palec? Konsekwencja braku oklejenia palców (zawsze oklejam..w internecie widziałem, ze tak trzeba, jeszcze przed pierwszą setką...no i raz nie okleiłem i się okazało, że jednak trzeba :) ). Mdłości i sensacje żołądka? Konsekwencja (przynajmniej, jak sądzę,) żeli Ale, których nienawidzę i które mi nie leżą ewidentnie, ale tylko je zdążyłem kupić, bo zostawiłem na ostatnią chwilę. Nigdy więcej nie mam prawa tego wszytskiego powtórzyć. Mogę popełnić inne błędy - ale nie te trzy. A za dwa tygodnie - Mistrzostwa Polski w długodystansowym biegu górskim. Drżyjcie faworyci, bo przyjeżdżam!

sobota, 31 marca 2018

Zmiany, zmiany , zmainy...

          12 dni. Tyle trwał rozbrat z bieganiem narzucony przez konowała. No dobra - nie pomylił się za bardzo, więc nazwę go lekarzem. Kostka po powrocie do treningu trochę zwiększała swoją objętość, ale nie bolało, ani nie niepokoiło. Więc uznaję, że jest ok. 
             No właśnie...trening....Z bliżej jeszcze nieznanych i niewyjaśnionych przyczyn  fabryka, w której tyram, zorganizowała grupę/drużynę/ekipę truchtająca -  udostępniając nam trenerów. Mi się, w roli guru, trafił Pan Wojciech Rzywucki. Człowiek, który trochę w swoim życiu pobiegał (znaczy nadal to robi) i w krótszych i dłuższych dystansach, osiągając wyniki, o których ja mogę pomarzyć. Przedstawiłem mu swoje plany startowe na nadchodzące pól roku i ma mnie przygotować do tych startów...Stwierdziłem, że zaufam człowiekowi - a jak mi się w Hiszpanii start  nie powiedzie, to wrócę i urwę mu głowę :)
              Póki co, jestem w lekkim szoku, bo jego koncepcja biegowa, znacznie się różni od mojej (oczywiście - ja nie mam żadnej koncepcji, tylko utarty schemat, będący mieszanka internetu, własnego widzimisię, oraz kilku sezonów biegania). Żadnych długich wybiegań (mają być od przyszłego tygodnia), sporo drugiego zakresu (sporo przy niedużym kilometrażu - w 4 tygodnie zrobiłem ze 220km), trochę siły biegowej. Sam jestem ciekawy, jaki będzie efekt. 
                A gdzie najlepiej sprawdzać stan formy? Na zawodach rzecz jasna! Pierwszy start w tym roku zaliczony. Miałem przyjemność rozpocząć sezon w Wiązownej - na polówce numer 38 (dawno zaczęli, nie? a taka mala miejscowość...). Plan był prosty - wiadomo, że szału nie będzie, ale złamanie 1:40:00 będzie w dobrym tonie. I tak tez sie stało. Samą imprezę, mogę polecić z czystym sercem, bo widać, że jest przygotowana z pasją, a  ludzie, którzy się w nią angażują, dają samych siebie. Brawo! 

          W tak zwanym międzyczasie trafiły się jeszcze dwa miłe akcenty. Pierwszy to weekendowa wycieczka do Bratysławy. Pomijając aspekty pijacko-turystyczne (czyli pomijając praktycznie całą wyprawę), wraz z konkubiną zorganizowaliśmy sobie przyspieszone zwiedzanie okolic robiąc trzydziestokilometrową wycieczkę. Wyruszyliśmy w piękny słoneczny poranek dzień (były momenty, że Moja Lepsza Połowa leciala w krótkim rękawie), rozkoszując się słońcem, by...by nagle, na Devinskiej Kobyle brodzić po kostki, w topniejącym śniegu...Brr....reszta trasy w przemoczonych butach.


            Drugi miły akcent - to także wycieczka. Tym razem, jakby inaczej, w Góry Świętokrzyskie (wyprawa całkowicie pozbawiona aspektów pijacko-turystycznych). Zrodzony w środę plan,w piątek brutalnie zweryfikowała pogoda, zamieniająca piękną, wczesną, wiosnę w srogą zimę. Na Świety Krzyż, jeszcze jakaś pielgrzymka  wydeptała dróżkę, ale dalsza cześć czerwonego szlaku w stronę Szczytniaka, była pokryta dziewiczym śniegiem.Głębokim, żeby nie skłamać, tak do połowy łydki.


Dziewiczy śnieg, nieskalany ludzką stopą...

 W głowie od razu zabrzmiały mi wspomnienia gwiazd Ekstraklasy z lat minionych, którzy zawsze mówili o budowaniu siły przez brodzenie w śniegu po kolana w górach. Ależ mam nowoczesne metody treningowe...

....do czasu.

 
           Na koniec miesiąca ostatni sprawdzian formy - Półmaraton Warszawski. Można tylko się zachwycać. Organizacja, jak zawsze, świetna. W tym roku dostosowali się do niej także biegacze, grzecznie ustawiając się w swoich strefach. Pogoda - wymarzona. Ciepło, ale nie gorąco, lekki wiaterek, ale nie wmordewind. Nic tylko lecieć! Noooo...może trasa mogłaby być troszkę mniej kręta momentami, ale ostatnia, długa, prosta trochę to zrekompensowała. Pomimo obaw, że nie uda się utrzymać tempa 4:30 min/km (trzy dni wcześniej prawie umierając z wysiłku zrobiłem 8km w 4:33),  postanowiłem trzymać fason i nie pękać. Plan był prosty - utrzymać założone tempo ile sie da, a później gdzieś umrzeć... (start miał być mocnym treningiem, a nie próbą łamania czegokolwiek). Miało być złamane1:35:00, a skończyło się trochę ponad 1:33:00. No bomba! Czas był gorszy od życiówki o 26 sekund, przez chwilę nawet chciałem sobie pluć w brodę, że nie pocisnąłem sekundy na kilometr szybciej, ale sobie darowałem. Może jeszcze w tym roku zrobię jakąś polówkę z zamiarem połamania życiówki.

Luty i marzec nie były zbyt duże objętościowo (co mnie strasznie niepokoi). Odpowiednio 152km i 256km. W szczegółach wyglądało to jak niżej.








Teraz chwila na złapanie oddechu i mam zapowiedzianą rąbankę. Wszak to już tylko 6 tygodni do Penyagalosy....

czwartek, 8 lutego 2018

Mistrz Krasicki miał racę - miłe złego początki, lecz koniec żałosny...

       Pewnie wielu z Was zna to uczucie. Jest chęć, jest zapał, człowiek się nakręca, napędza...I, mówiąc kolokwialnie, Chuj.Tak, Chuj przez wielkie C. Pomijam juz wszystkie niezwiązane z bieganiem rzeczy, które od początku roku się pierdolą, bo to nie czas i miejsce. No, może tylko nie miejsce.
        Styczeń - miesiąc początków. Miesiąc wielkich planów. Miesiąc początku postanowień - często mocno życzeniowych, żyjących tak długo, jak długo żyje motyl. Rok rozpocząłem klasycznie i tradycyjnie, jak większość Polaków z resztą - kacem. Drugi dzień roku się leczyłem, a od dnia trzeciego - początek tyrania, które ma doprowadzić mnie do chwały, zwycięstwa, glorii i tak dalej i tak dalej. A tak naprawdę tyrania, które ma sprawić, że nie umrę z wysiłku podczas Penyagolosy. 
         Pierwsze 3 tygodnie przeleciały znośnie. Nawet byłem pozytywnie zaskoczony osiąganymi wynikami. O ile mogę takiego słowa użyć. Pełen wachlarz treningowy (czyli w kółko baza przygotowana na podstawie planu Jerzego Skarżyńskiego) - siła, trochę II zakresu, bieg długi, przebieżki jakieś. Nawet nie obsrałem się za mocno na pierwszych podbiegach pod Agrykolę (robię odcinki po 430 metrów). No i co? I się stało. Najpierw przypałętało się, nie wiadomo skąd,  jakieś zapalenie dziąsła, które wystrzeliło mnie w 39,5 stopnia gorączki, żeby po kuracji antybiotykowej osłabić mnie w cholerę i trzymać temperaturę niecałych 36 stopni. Coś tam próbowałem pozorować bieganie, ale byłem tak osłabiony, że nie szło. Spróbowałem też iść pobiegać na bieżni mechanicznej - 10km było tak ciężkie jak maraton. Sam się sobie dziwię, jak kiedyś mogłem biegać tak trzy razy w tygodniu i to po 20km. Do dobrego - czyli biegania w plenerze - łatwo się przyzwyczaić. Nawet największa ulewa i wiatrzysko jest dużo przyjemniejsze, od tego dreptania w czterech ścianach. No, ale nie ma się co użalać, stało się co się stało. Wypadek losowy - trzeba tyrać dalej. Czas zrobić coś, co wprawia mnie  w doskonały nastrój - ruszyć w góry! A i okazja była ku temu doskonała. Wydarzenie pod tytułem Zimowa Krucjatka (linka do fejsa). Bieg/Trening z Ewą Majer i Bartkiem Gorczycą (swoją drogą bardzo fajne ludziki; weseli i w ogóle tacy jacyś spoko) z Huty Szklanej na Szczytniak i z powrotem (łącznie ze 30km i 1000m przewyższenia). Super impreza (w ogóle stwierdzam, że organizatorzy z Nowej Słupi i okolic stają zawsze na wysokości zadania i robią swoje imprezy na piątek z plusem).
           Trening był zaplanowany na niedzielę, więc w sobotę poszliśmy z Lepszą Połową na przebieżkę, żeby nie marnować dnia. Pełen troski, na Świętym Krzyżu powiedziałem do Niej:
-Tylko uważaj jak zbiegasz pierdoło, żebyś sobie niczego nie zrobiła! A teraz zrób mi miejsce, bo będę zasuwał w dóóóóółłł....

 Efekt?




Taaaa......Ciążą pozamaciczna....Cięzki przypadek..chyba bliźniaki...
W nocy okład z mrożonych pomidorów (serio), a rano? A rano na start treningu i 30 km po Górach Świętokrzyskich z usztywnioną bandażem kostką. Może nie było to zbyt mądre, ale jak słowo daję, żeby nie opuchlizna, to w ogóle bym nie wiedział, że mam coś w kostkę. 

 Widokowo, jak zawsze, pięknie.

Po powrocie, pierwsze kroki skierowałem do lekarza. Popatrzył, popukał, prześwietlił i kazał spierdalać oszczędzać nogę 10-14 dni, okładać zimnym, namaszczać maścią i już. Poważniejszych uszkodzeń brak. Mam nadzieję, że nie robił studiów zaocznie i tak właśnie będzie. A więc 10 dni lenistwa...

Losowo wybrane mięczaki w drodze na Szczytniak.


Styczeń zamknął się 225km. A wyglądało to tak:






Zdrówko!
 

sobota, 30 grudnia 2017

Poloneza czas zacząć....


Ziuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.....................
           Tak. Właśnie przed nosem przeleciał mi kolejny rok. Jeszcze nie tak dawno plułem sobie w brodę, że nie poszedłem ugryźć czekoladowej figury Adama Małysza we Wiśle ( tutaj ), a powoli mogę się szykować już do nowego noworocznego kaca. Chociaż w tym roku plany sylwestrowe wyglądają tak:


             A to i tak wariant optymistyczny, bo jak widać, zakładam, że będzie padał śnieg. Ale poczekajmy...
Jaki był to rok? Hm...bardzo, bardzo różny. To co mogę zaliczyć do pozytywów, to, że przepracowałem go naprawdę ciężko. Wiadomo - zdarzały się dni lepsze i gorsze. Dni kiedy wyłaził ze mnie leń, ale i takie, gdy z masochistyczną przyjemnością mówiłem sobie No to dawaj stary, jeden podbieg sobie dorzucimy dla przyjemności. Tak na maksa, na sam koniec! 
Z duża pewnością mogę stwierdzić, że było to, po części, spowodowane strachem przed kompromitacją na Maderze.
             No właśnie. Madera. Drugi wielki plus tego roku. Wielkie spełnione marzenie biegowe ( więcej tutaj ). Bieg, od którego zaczął się mój sen o bieganiu w górach. Marzenie o pierwszym biegu ultra.  REWELACJA!
Nigdy wcześniej nie startowałem w wyścigu, który trwałby prawie 30 godzin (oczywiście dla mnie to tyle trwało), był dłuższy niż 100 km i miał 7 km pod górę. No i do tego był w mojej ukochanej Portugalii.
           Kolejnym pozytywem były częste (jak na mnie i moje możliwości) wyjazdy w góry. Wisła, Rytro, Nowa Słupia, Góry Stołowe.... Udało się kilka razy wyrwać poza Warszawę. Walory sportowo-turystyczno-krajobrazowo-towarzyskie na duży plus.
            Następny plusik, to sól sportu. Słynne Citius-Altius-Fortius. Rok 2017 dał mi dwie pobite życiówki na dystansie półmaratonu (raz w marcu, raz w sierpniu) i życiówkę na 10km. I to było dla mnie duże zaskoczenie, bo chociaż nie zaniedbywałem akcentów treningowych związanych z szybkością, to jednak nacisk na te elementy nie był bardzo duży. Raczej siła i wytrzymałość. A tu proszę. Rzecz jasna nie zakłamuję rzeczywistości, że to jakieś super wyniki (bo taka dycha np. jest przebiegnięta w tempie dwie sekundy na kilometr lepiej niż połówka, więc rezerwa na pewno jakaś jest), ale zawsze życiówka, to pozytywny bodziec. Niewątpliwy znak tego, że trening idzie dobrze.

No tak...plusy...plusy...no ale wiadomo jak to jest z plusami...



           A minusów też się uzbierało...
No cóż...jednym z częściej pojawiających się w 2017 haseł było core stability dość rzadko... Jestem pod tym względem niereformowalny. Ale to się zmieni w 2018! Taaa....
           Minusem niewątpliwie jest także kolanko. Znów zaczyna pobolewać. W kwietniu mam mieć kolejna kurację nabojami typu structum...no zobaczymy..Chociaż w tym przypadku sam sobie jestem winny .Lekarz jest, prawdopodobnie, po to by go słuchać. A nie wybierać to co z jego zaleceń nam pasuje. Ale jak tu nie biegać?
            Minusem  jest zuchwalstwo i pozjadanie wszystkich rozumów. Jak można udzielać komuś rad (nie, nie, nie..nie jestem jakimś internetowym trenerem; po prostu czasem ktoś, kto zaczyna, zapyta, o jakieś podstawowe rzeczy), a później samemu się do nich nie stosować? Czy tak ciężko sprawdzić sprzęt przed startem? Czy tak trudno zacząć wolniej, żeby nie zajechać się na dzień dobry (to akurat trudne...)? Czy tak trudno przyjąć do wiadomości, że wyżej wała się nie podskoczy? Cóż...czasem może dobrze się wygłupić, żeby dostać lekcje pokory...
           Największy jednak minus i największe startowe rozczarowanie tego roku to jednak start w Maratonie Warszawskim. Zrobiłem wszystko, żeby kompletnie ten start spierdolić. Założenie, które sobie wydumałem, było "proste" - 3:19:XX. Czysto teoretycznie, na podstawie czasu z półmaratonu (1:33) do zrobienia. Powinno się, cholera, udać. Powinno. Ale się, kierwa, nie udało. Jak to wyglądało? No cóż...tempo na złamanie 3:20 w maratonie, to 4:44 km/min. Człowiek pyszny (i durny) nic sobie jednak z tego nie robi. Bo po co? Nie lepiej życiówkę wykręcić jeszcze bardziej i lecieć pierwsze kilometry np w 4:38...a może to za wolno? Jeszcze lepiej - lećmy w 4:32. Po 6 km się trochę uspokoiłem i ustabilizowałem. Ale tylko na 4000 metrów...Potem znów się włączyło szybciej..szybciej..co się wleczesz... Otrzeźwiałem trochę na 15km i wbiłem w rytm 4:44. Ale już wtedy czułem, że to się nie uda. No i zamiast przestawić myślenie na to, że chuj z tym łamaniem trzy dwadzieścia...złamiesz trzy dwadzieścia pięć i też będzie zajebiście ... (3:25:22 mam życiówkę), to nie...w głowie cały czas było  biegnij te 4:44...wytrzymasz...jesteś twardzielem...jesteś maszyna...nic cię nie zatrzyma...co z tego, ze już padasz na ryj..to już tylko 22km... No i jak to sie mogło udać? Finalnie jebło na 26 km. Tu się rozpoczęło zwalnianie...i zwalnianie...i zwalnianie...Od 29 km tempo zaczęło zaczynać się piątka z przodu.  Szybka kalkulacja - jeżeli będę leciał nawet 5:05 min/km, to i tak zrobię życiówkę! Zaciskam zęby i lecę!. Będzie dobrze. No i dobrze, że zacisnąłem te zęby...jakby miał otwarty ryj, to na 36 km bym zarzygał wszystkich biegnących obok. Tak mnie trafiło, że aż stanąłem. I chyba tylko dzięki temu naprawdę nie puściłem pawia. Wszystko co mi podeszło, aż do gardła, wróciło grzecznie do żołądka. Jak sądzę  tak właśnie wygląda zderzenie ze słynną ścianą. Postój trwał ze 30 sekund i ruszyłem dalej. A raczej "ruszyłem"...pomimo postoju i tego jak się czułem, cały czas była szansa na życiówkę. Trzeba było "tylko" utrzymać 5:05 min/km. No, ale się nie dało....Do życiówki dołożyłem 3 minuty. I tyle było ze startu. 
           Po ŁUT  zrobiłem sobie najdłuższą przerwę od biegania, od początku mojej przygody z bieganiem w 2010 roku.  34 dni. Nawet do tramwaju nie podbiegałem. Nie mówię, że się leniłem - zacząłem bywać w siłowni, chodziłem na basen, na jakieś zajęcia dla pedalrazy  rowerzystów. Wiec pół listopada, oraz grudzień to walka z samym sobą, aby powoli się wdrożyć i pierwszego stycznia 2018 (no dobra...drugiego), być gotowym do rozpoczęcia treningu do nowego wyzwania. Cztery i pół miesiąca na przygotowanie. Dużo? Nie sądzę. 

Na koniec, w ramach ciekawostki statystycznej.  Rok 2017 zamyka się przebiegiem 2750 km. Mniej niż w 2016 (3200km) i 2015 (2900km). Co to oznacza, patrząc przez pryzmat tegorocznych wyników? Nic ;)




czwartek, 19 października 2017

ŁUT jak gorąco....

KONIEC

          Sezon (numerując szumnie) 2016/2017 uważam oficjalnie za zakończony. Koniec wypadł, a właściwie został zaplanowany, w pięknej części Głównego Szlaku  Beskidzkiego. Mówiąc precyzyjniej, na odcinku Chyrowa- Komańcza wspomnianego szlaku. A to oznacza, ni mniej, ni więcej tylko siedemdziesięciokilometrową trasę, jednego z wyścigów  Łemkowyna Ultra Trail. Wyścig, który słynie z deszczu, błota (konkubina, która startowała na 48, aż nabyła nowe buty na tę okoliczność) i ogólnie jest przejebany. Ku mojemu zaskoczeniu oraz radości, pogoda była przepiękna (cały start z krótkim rękawem), błota było akurat tyle, żeby mieć dobrą zabawę, a na dokładkę nóżka kręciła. Magia. A może to tylko jakiś znak od mózgu, że to ostatni raz przed miesięczna przerwa, więc nie ma co zamulać. To czas, aby dobrze się bawić!
Godzina startu wymusiła pobudkę o 5:00, więc trochę marudziłem, ale dwie godziny później, gdy ze stacji Chyrowa Ski ruszył barwny tłum szurniętych, liczyła się tylko zabawa (szacowałem całość na 11 godzin).. Pierwsze  dwadzieścia kilometrów z haczykiem, do punktu kontrolnego w Iwoniczu Zdroju, zleciało zanim się obejrzałem (40 minut szybciej od założonego czasu). Po drodze Kamienna Góra i Cergowa. Pięknie!

Bliżej nieokreślone miejsce na trasie.

           Dodać do tego należy zaprzyjaźnione dwie persony (serdecznie pozdrawiam), kibicujące Mojej Lepszej Połowie oraz mi. 
           Kolejny odcinek, kolejne dwadzieścia kilometrów z lekkim okładem, do punktu W Puławach Górnych (90 minut lepiej od planowanego czasu), nieomal identycznie. No może z mniejsza ilością błota niż w pierwszej części. Szło tak fajnie, że aż sam się w głowie karciłem za próby biegnięcia non stop (tak, tak, jestem słabiakiem - pod górki podchodzę, a nie wbiegam). W Puławach Górnych czekała na stołówce, zupa dyniowa i ogórki kiszone. Boże, jakie one były dobre, po słodyczy żelów.Mrrrr...... Od tego punktu poczułem też, że skończyłem beztroski bieg, bo już mnie zaczynają bolec nogi. Z punktu, od razu wyłaziło się, przez na Kiczerę, na Skibce (jakieś 280 metrów). Więc trochę się przespacerowałem (tempo lekko powyżej 8 min/km), dzięki czemu posiłek się ułożył :) Pomimo tego jednak na 55km, na ostatnim punkcie w Przybyszowie byłem  jakieś 110 minut szybciej niż planowałem przed startem.
            Z punktu numer trzy pozostawał już tylko ostatni podbieg na Spaloną Górę i Kamień. Podbieg, na którym  - zgodnie z tym czym karciłem się na początku biegu - miałem sobie podbiec, skoro jestem takim zapierdalaczem. I wiecie co? Nie podbiegłem. 

Niektórzy mówili "O kurwa!", niektórzy "Jak tu pięknie!", 
a pozostali "O kurwa, jak tu pięknie!"

                  Byłem już dość mocno zmęczony. Odliczanie ostatnich kilometrów (chociaż mówiąc szczerze odliczać kilometry do końca zacząłem od radosnego już tylko półmaraton). Wbieg do Komańczy, już po ulicy, więc jako biegacz zdecydowanie miejski, stwierdziłem, że przypierdolę na ostatnim kilometrze. Ot tak - dla zabawy. Rzut oka na zegarek - prawie 69km, no to spinam się w sobie i ruszam szybciej, biorę zakręt, już chce mocniej zmusić mięśnie do pracy, po wyjściu na prostą...Wychodzę na prosta...a tam ze trzydzieści metrów i meta! To przypierdoliłem :) Konkubina twierdzi, że były po drodze tabliczki mówiące, że do końca jest 1300, 1000 itd metrów, ale jej nie wierzę. Skoro nie widziałem, to nie mogło ich tam  być, nie? Nieważne z resztą. Radość z osiągnięcia celu i tak olbrzymia (124 minuty szybciej niż zakładany czas; finalnie  trochę ponad dziewięć godzin i kwadrans) . Tak wielka,  że w szatni, śmierdzącej spoconymi facetami, rozlała się cytrynówka zwycięstwa. Dobrze wchodzi w takich okolicznościach.  

                  Cóż mogę, o ŁUT, powiedzieć dodatkowo? Przepiękna impreza. Widoki zapierające dech w piersiach (raz jeszcze dzięki Bogu za tę pogodę!), kibice wspierający biegaczy (ale tej ekipy z łysym typem, w Komańczy, już nie widziałem...a miał być. Obiecał). Punkty żywieniowe z wesołymi i pomocnymi wolontariuszami (kurwa...jak te ogórki smakowały...). Mistrz.No i błoto. Ludzie mówią, a oni zawsze coś mówią, że w porównaniu z przednimi edycjami, było prawie że sucho. Mimo tego, chyba więcej w życiu nie widziałem. Chwalmy Pana za kijki do biegania. Dzięki nim i wrodzonemu talentowi ekwilibrystycznemu nie wypierdoliłem się na ryj w to błoto. Kto wie? Może kiedyś, kiedyś, jak już do końca mi odwali, wystartuję w biegu główmy - 150 km ...

I co teraz? teraz 30 dni kompletnego odpoczynku od biegania.....

sobota, 2 września 2017

Ten sierpień, do innych, jest niepodobny.

          Sierpień. Miesiąc startów. Jak nigdy.  Kalendarzyk małżeński biegowy jasno wskazuje na to, że w sierpniu nigdy nie startowałem. Ani w 2016. Ani w 2015. W 2014 też nie. 2013 także bez startów. 2012 bez startów. 2011 tez nic. 2010 zero startów....2009 ...też nic...ale w 2009 jeszcze byłem normalny i nie biegałem. A w tym? Co drugi tydzień. Na pierwszy ogień poszły Dymarkowe Biegi Górskie. Dość kameralna impreza  organizowana w Nowej Słupi. Dwa dni, trzy starty. Pierwszy dzień dwa dystanse - 5 i 10km, drugiego dnia - półmaraton. A wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody gór Świętokrzyskich. Piątak - typowy bieg anglosaski - najpierw dymanko pod górę, a później sruuuu w dół (nawet niezłe tempo mi wyszło dzięki tym zbiegom - 4:34min/km). Szybki prysznic,  przebranie się w suchą koszulkę, lekka przekąska i z powrotem na start. Dyszka przyszła trochę ciężej (5:59 min/km). Czuć było tę piątkę....To jednak nic w porównaniu z tym, co było na drugi dzień. Pomimo sumiennego rozciągania i lekkiego rolowania, nóżki, na start półmaratonu, nie niosły za dobrze.  Juz na samym starcie polówki - zonk - chciałem sobie przygotować patyki kijki (a co! Może trochę wstyd, bo nikt z kijami nie startował, ale dla mnie zajebista okazja do potrenowania) ...i chuj. Zapiekły się - dodam, że jak złożyłem je w kwietniu na Maderze, tak sobie leżały i zapiekały się (udało się je rozłożyć dopiero w domu, przy użyciu łóżka, kombinerek i smarowidła do łańcucha rowerowego). I dzięki temu dostałem praktyczną lekcję tego, o czym wszyscy wiedzą - sprawdź sprzęt przed wyjściem z domu. Cały!.


Zdobywanie Szczytniaka.


Po feralnym starcie (znakomite i zaszczytne ostatnie miejsce) dalej było już tylko lepiej. Chociaż nogi pobolewały, kijki sterczały z plecaka, leciało się, aż miło.  Finalnie 6:16 min/km przy przewyższeniu (wg zegarka) 850 metrów. Jak na mnie? Elegancko. 
No i niespodzianka na mecie. Nagroda dla tych, którzy się porwali na wszystkie dystanse.

 Statuetka, jak głosi plotka, z literówką.

Kolejny weekend był przerwą od startów. Był za to wyprawą w cudowne miejsce, w którym byłem pierwszy raz w życiu, a które mnie oczarowało. Góry Stołowe. Nie byłeś? Pojedź koniecznie. Przepiękne i niecodzienne widoki (skalne grzyby...WTF???), dając w kość, choć nie za wysokie górki, mnóstwo szlaków - do wyboru, do koloru. Góry bardzo trudne technicznie do zbiegania/wbiegania (przynajmniej dla takich amatorów jak ja i Moja Lepsza Połowa). No sami popatrzcie.

Tu i tak spoko, bo i ścieżka i schody....



          Zrobiliśmy dwie wycieczki 21km i 27 km. Połówkę w dużej części, po polskiej części trasy Supermaratonu Gór Stołowych.  Kusi żeby zrobić cały... Chociaż bankowo jest strasznie trudny.  Poszukajcie sobie informacji o tym jak wygląda jego finisz...bardzo fajne wejście po schodach. 
Jedyny minus to mrowie ludzi. Może nie na samych szlakach, ale na głównych atrakcjach (np. Błędne Skały) matko bosko! A Karłów? Mlodszy, mniejsyz, ale tak samo rozwydzrony brat Zakopanego. No, ale nie trzeba się tam wcale ładować, nie? Wróce tam...chociaż to kawał drogi z Warszawy, ale wrócę... bo pięknie.

Przecież mówię, że pięknie.

                Kolejny  weekend - niespodzianka - kolejny start. Konkubina wynalazła  półmaraton w Błoniu - 7 Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego. Super trasa na życiówki - płasko jak na stole, jedna agrafka, która zwalnia - nic tylko lecieć. Pogoda była także razem z nami (lało i było chłodno, ale wolę tak, niz jakby miało byc 30 stopni), więc nic tylko lecieć do kwadratu. No to poleciałem. Życiówkę. Sam byłem w szoku. Na początku, patrzyłem na zegarek i mówiłem sobie - robisz to za szybko. Nie wytrzymasz tego tempa (gdzieś między 4:20 min/km a 4:29min/km). Szczególnie, że start ten miał być mocnym treningiem (miałem zrobić bieg z narastającą prędkością). Przyszedł 15 km, gdzie zaplanowałem sobie wskoczyć w trzeci zakres. No cóż...zupełnie niespodziewanie (patrząc przez pryzmat tego, ze treningi poza górami i startami, w ogóle prawie nie idą jak planuję) - HOP - w trzeci zakres. I w tym trzecim zakresie dowiozłem sie do mety finiszując z czasem 1:32:45. Szok. Niedowierzanie. Do tej chwili nie wierzę. Bo nic nie wskazywało na to, że tak się to zakończy.
                     Sama impreza - także dość kameralna,- bardzo przyjemna. Żarty, żarciki, ciepły posiłek, mili wolontariusze (dzieciaki, wszędzie dzieciaki...nawet się dziwiłem, ze dzieciak, kóry mi wydaje pakiet umie czytać - takim był młodziakiem), masaż po biegu. Gdyby nie pogoda (oczywiście, że pada, zaczęło mnie wkurzać już po odebraniu medalu), byłoby jeszcze lepiej, bo bym poleżał na trawie (na leżenie w kałuży się nie decydowałem).  Ciekawe czy uda mi się pobić ten czas już na początku września w BMW Półmaratonie?

Ten niezwykły sierpień, w obrazkach, wyglądał tak




Okrągłe 262 km.