czwartek, 8 lutego 2018

Mistrz Krasicki miał racę - miłe złego początki, lecz koniec żałosny...

       Pewnie wielu z Was zna to uczucie. Jest chęć, jest zapał, człowiek się nakręca, napędza...I, mówiąc kolokwialnie, Chuj.Tak, Chuj przez wielkie C. Pomijam juz wszystkie niezwiązane z bieganiem rzeczy, które od początku roku się pierdolą, bo to nie czas i miejsce. No, może tylko nie miejsce.
        Styczeń - miesiąc początków. Miesiąc wielkich planów. Miesiąc początku postanowień - często mocno życzeniowych, żyjących tak długo, jak długo żyje motyl. Rok rozpocząłem klasycznie i tradycyjnie, jak większość Polaków z resztą - kacem. Drugi dzień roku się leczyłem, a od dnia trzeciego - początek tyrania, które ma doprowadzić mnie do chwały, zwycięstwa, glorii i tak dalej i tak dalej. A tak naprawdę tyrania, które ma sprawić, że nie umrę z wysiłku podczas Penyagolosy. 
         Pierwsze 3 tygodnie przeleciały znośnie. Nawet byłem pozytywnie zaskoczony osiąganymi wynikami. O ile mogę takiego słowa użyć. Pełen wachlarz treningowy (czyli w kółko baza przygotowana na podstawie planu Jerzego Skarżyńskiego) - siła, trochę II zakresu, bieg długi, przebieżki jakieś. Nawet nie obsrałem się za mocno na pierwszych podbiegach pod Agrykolę (robię odcinki po 430 metrów). No i co? I się stało. Najpierw przypałętało się, nie wiadomo skąd,  jakieś zapalenie dziąsła, które wystrzeliło mnie w 39,5 stopnia gorączki, żeby po kuracji antybiotykowej osłabić mnie w cholerę i trzymać temperaturę niecałych 36 stopni. Coś tam próbowałem pozorować bieganie, ale byłem tak osłabiony, że nie szło. Spróbowałem też iść pobiegać na bieżni mechanicznej - 10km było tak ciężkie jak maraton. Sam się sobie dziwię, jak kiedyś mogłem biegać tak trzy razy w tygodniu i to po 20km. Do dobrego - czyli biegania w plenerze - łatwo się przyzwyczaić. Nawet największa ulewa i wiatrzysko jest dużo przyjemniejsze, od tego dreptania w czterech ścianach. No, ale nie ma się co użalać, stało się co się stało. Wypadek losowy - trzeba tyrać dalej. Czas zrobić coś, co wprawia mnie  w doskonały nastrój - ruszyć w góry! A i okazja była ku temu doskonała. Wydarzenie pod tytułem Zimowa Krucjatka (linka do fejsa). Bieg/Trening z Ewą Majer i Bartkiem Gorczycą (swoją drogą bardzo fajne ludziki; weseli i w ogóle tacy jacyś spoko) z Huty Szklanej na Szczytniak i z powrotem (łącznie ze 30km i 1000m przewyższenia). Super impreza (w ogóle stwierdzam, że organizatorzy z Nowej Słupi i okolic stają zawsze na wysokości zadania i robią swoje imprezy na piątek z plusem).
           Trening był zaplanowany na niedzielę, więc w sobotę poszliśmy z Lepszą Połową na przebieżkę, żeby nie marnować dnia. Pełen troski, na Świętym Krzyżu powiedziałem do Niej:
-Tylko uważaj jak zbiegasz pierdoło, żebyś sobie niczego nie zrobiła! A teraz zrób mi miejsce, bo będę zasuwał w dóóóóółłł....

 Efekt?




Taaaa......Ciążą pozamaciczna....Cięzki przypadek..chyba bliźniaki...
W nocy okład z mrożonych pomidorów (serio), a rano? A rano na start treningu i 30 km po Górach Świętokrzyskich z usztywnioną bandażem kostką. Może nie było to zbyt mądre, ale jak słowo daję, żeby nie opuchlizna, to w ogóle bym nie wiedział, że mam coś w kostkę. 

 Widokowo, jak zawsze, pięknie.

Po powrocie, pierwsze kroki skierowałem do lekarza. Popatrzył, popukał, prześwietlił i kazał spierdalać oszczędzać nogę 10-14 dni, okładać zimnym, namaszczać maścią i już. Poważniejszych uszkodzeń brak. Mam nadzieję, że nie robił studiów zaocznie i tak właśnie będzie. A więc 10 dni lenistwa...

Losowo wybrane mięczaki w drodze na Szczytniak.


Styczeń zamknął się 225km. A wyglądało to tak:






Zdrówko!
 

sobota, 30 grudnia 2017

Poloneza czas zacząć....


Ziuuuuuuuuuuuuuuuuuuuu.....................
           Tak. Właśnie przed nosem przeleciał mi kolejny rok. Jeszcze nie tak dawno plułem sobie w brodę, że nie poszedłem ugryźć czekoladowej figury Adama Małysza we Wiśle ( tutaj ), a powoli mogę się szykować już do nowego noworocznego kaca. Chociaż w tym roku plany sylwestrowe wyglądają tak:


             A to i tak wariant optymistyczny, bo jak widać, zakładam, że będzie padał śnieg. Ale poczekajmy...
Jaki był to rok? Hm...bardzo, bardzo różny. To co mogę zaliczyć do pozytywów, to, że przepracowałem go naprawdę ciężko. Wiadomo - zdarzały się dni lepsze i gorsze. Dni kiedy wyłaził ze mnie leń, ale i takie, gdy z masochistyczną przyjemnością mówiłem sobie No to dawaj stary, jeden podbieg sobie dorzucimy dla przyjemności. Tak na maksa, na sam koniec! 
Z duża pewnością mogę stwierdzić, że było to, po części, spowodowane strachem przed kompromitacją na Maderze.
             No właśnie. Madera. Drugi wielki plus tego roku. Wielkie spełnione marzenie biegowe ( więcej tutaj ). Bieg, od którego zaczął się mój sen o bieganiu w górach. Marzenie o pierwszym biegu ultra.  REWELACJA!
Nigdy wcześniej nie startowałem w wyścigu, który trwałby prawie 30 godzin (oczywiście dla mnie to tyle trwało), był dłuższy niż 100 km i miał 7 km pod górę. No i do tego był w mojej ukochanej Portugalii.
           Kolejnym pozytywem były częste (jak na mnie i moje możliwości) wyjazdy w góry. Wisła, Rytro, Nowa Słupia, Góry Stołowe.... Udało się kilka razy wyrwać poza Warszawę. Walory sportowo-turystyczno-krajobrazowo-towarzyskie na duży plus.
            Następny plusik, to sól sportu. Słynne Citius-Altius-Fortius. Rok 2017 dał mi dwie pobite życiówki na dystansie półmaratonu (raz w marcu, raz w sierpniu) i życiówkę na 10km. I to było dla mnie duże zaskoczenie, bo chociaż nie zaniedbywałem akcentów treningowych związanych z szybkością, to jednak nacisk na te elementy nie był bardzo duży. Raczej siła i wytrzymałość. A tu proszę. Rzecz jasna nie zakłamuję rzeczywistości, że to jakieś super wyniki (bo taka dycha np. jest przebiegnięta w tempie dwie sekundy na kilometr lepiej niż połówka, więc rezerwa na pewno jakaś jest), ale zawsze życiówka, to pozytywny bodziec. Niewątpliwy znak tego, że trening idzie dobrze.

No tak...plusy...plusy...no ale wiadomo jak to jest z plusami...



           A minusów też się uzbierało...
No cóż...jednym z częściej pojawiających się w 2017 haseł było core stability dość rzadko... Jestem pod tym względem niereformowalny. Ale to się zmieni w 2018! Taaa....
           Minusem niewątpliwie jest także kolanko. Znów zaczyna pobolewać. W kwietniu mam mieć kolejna kurację nabojami typu structum...no zobaczymy..Chociaż w tym przypadku sam sobie jestem winny .Lekarz jest, prawdopodobnie, po to by go słuchać. A nie wybierać to co z jego zaleceń nam pasuje. Ale jak tu nie biegać?
            Minusem  jest zuchwalstwo i pozjadanie wszystkich rozumów. Jak można udzielać komuś rad (nie, nie, nie..nie jestem jakimś internetowym trenerem; po prostu czasem ktoś, kto zaczyna, zapyta, o jakieś podstawowe rzeczy), a później samemu się do nich nie stosować? Czy tak ciężko sprawdzić sprzęt przed startem? Czy tak trudno zacząć wolniej, żeby nie zajechać się na dzień dobry (to akurat trudne...)? Czy tak trudno przyjąć do wiadomości, że wyżej wała się nie podskoczy? Cóż...czasem może dobrze się wygłupić, żeby dostać lekcje pokory...
           Największy jednak minus i największe startowe rozczarowanie tego roku to jednak start w Maratonie Warszawskim. Zrobiłem wszystko, żeby kompletnie ten start spierdolić. Założenie, które sobie wydumałem, było "proste" - 3:19:XX. Czysto teoretycznie, na podstawie czasu z półmaratonu (1:33) do zrobienia. Powinno się, cholera, udać. Powinno. Ale się, kierwa, nie udało. Jak to wyglądało? No cóż...tempo na złamanie 3:20 w maratonie, to 4:44 km/min. Człowiek pyszny (i durny) nic sobie jednak z tego nie robi. Bo po co? Nie lepiej życiówkę wykręcić jeszcze bardziej i lecieć pierwsze kilometry np w 4:38...a może to za wolno? Jeszcze lepiej - lećmy w 4:32. Po 6 km się trochę uspokoiłem i ustabilizowałem. Ale tylko na 4000 metrów...Potem znów się włączyło szybciej..szybciej..co się wleczesz... Otrzeźwiałem trochę na 15km i wbiłem w rytm 4:44. Ale już wtedy czułem, że to się nie uda. No i zamiast przestawić myślenie na to, że chuj z tym łamaniem trzy dwadzieścia...złamiesz trzy dwadzieścia pięć i też będzie zajebiście ... (3:25:22 mam życiówkę), to nie...w głowie cały czas było  biegnij te 4:44...wytrzymasz...jesteś twardzielem...jesteś maszyna...nic cię nie zatrzyma...co z tego, ze już padasz na ryj..to już tylko 22km... No i jak to sie mogło udać? Finalnie jebło na 26 km. Tu się rozpoczęło zwalnianie...i zwalnianie...i zwalnianie...Od 29 km tempo zaczęło zaczynać się piątka z przodu.  Szybka kalkulacja - jeżeli będę leciał nawet 5:05 min/km, to i tak zrobię życiówkę! Zaciskam zęby i lecę!. Będzie dobrze. No i dobrze, że zacisnąłem te zęby...jakby miał otwarty ryj, to na 36 km bym zarzygał wszystkich biegnących obok. Tak mnie trafiło, że aż stanąłem. I chyba tylko dzięki temu naprawdę nie puściłem pawia. Wszystko co mi podeszło, aż do gardła, wróciło grzecznie do żołądka. Jak sądzę  tak właśnie wygląda zderzenie ze słynną ścianą. Postój trwał ze 30 sekund i ruszyłem dalej. A raczej "ruszyłem"...pomimo postoju i tego jak się czułem, cały czas była szansa na życiówkę. Trzeba było "tylko" utrzymać 5:05 min/km. No, ale się nie dało....Do życiówki dołożyłem 3 minuty. I tyle było ze startu. 
           Po ŁUT  zrobiłem sobie najdłuższą przerwę od biegania, od początku mojej przygody z bieganiem w 2010 roku.  34 dni. Nawet do tramwaju nie podbiegałem. Nie mówię, że się leniłem - zacząłem bywać w siłowni, chodziłem na basen, na jakieś zajęcia dla pedalrazy  rowerzystów. Wiec pół listopada, oraz grudzień to walka z samym sobą, aby powoli się wdrożyć i pierwszego stycznia 2018 (no dobra...drugiego), być gotowym do rozpoczęcia treningu do nowego wyzwania. Cztery i pół miesiąca na przygotowanie. Dużo? Nie sądzę. 

Na koniec, w ramach ciekawostki statystycznej.  Rok 2017 zamyka się przebiegiem 2750 km. Mniej niż w 2016 (3200km) i 2015 (2900km). Co to oznacza, patrząc przez pryzmat tegorocznych wyników? Nic ;)




czwartek, 19 października 2017

ŁUT jak gorąco....

KONIEC

          Sezon (numerując szumnie) 2016/2017 uważam oficjalnie za zakończony. Koniec wypadł, a właściwie został zaplanowany, w pięknej części Głównego Szlaku  Beskidzkiego. Mówiąc precyzyjniej, na odcinku Chyrowa- Komańcza wspomnianego szlaku. A to oznacza, ni mniej, ni więcej tylko siedemdziesięciokilometrową trasę, jednego z wyścigów  Łemkowyna Ultra Trail. Wyścig, który słynie z deszczu, błota (konkubina, która startowała na 48, aż nabyła nowe buty na tę okoliczność) i ogólnie jest przejebany. Ku mojemu zaskoczeniu oraz radości, pogoda była przepiękna (cały start z krótkim rękawem), błota było akurat tyle, żeby mieć dobrą zabawę, a na dokładkę nóżka kręciła. Magia. A może to tylko jakiś znak od mózgu, że to ostatni raz przed miesięczna przerwa, więc nie ma co zamulać. To czas, aby dobrze się bawić!
Godzina startu wymusiła pobudkę o 5:00, więc trochę marudziłem, ale dwie godziny później, gdy ze stacji Chyrowa Ski ruszył barwny tłum szurniętych, liczyła się tylko zabawa (szacowałem całość na 11 godzin).. Pierwsze  dwadzieścia kilometrów z haczykiem, do punktu kontrolnego w Iwoniczu Zdroju, zleciało zanim się obejrzałem (40 minut szybciej od założonego czasu). Po drodze Kamienna Góra i Cergowa. Pięknie!

Bliżej nieokreślone miejsce na trasie.

           Dodać do tego należy zaprzyjaźnione dwie persony (serdecznie pozdrawiam), kibicujące Mojej Lepszej Połowie oraz mi. 
           Kolejny odcinek, kolejne dwadzieścia kilometrów z lekkim okładem, do punktu W Puławach Górnych (90 minut lepiej od planowanego czasu), nieomal identycznie. No może z mniejsza ilością błota niż w pierwszej części. Szło tak fajnie, że aż sam się w głowie karciłem za próby biegnięcia non stop (tak, tak, jestem słabiakiem - pod górki podchodzę, a nie wbiegam). W Puławach Górnych czekała na stołówce, zupa dyniowa i ogórki kiszone. Boże, jakie one były dobre, po słodyczy żelów.Mrrrr...... Od tego punktu poczułem też, że skończyłem beztroski bieg, bo już mnie zaczynają bolec nogi. Z punktu, od razu wyłaziło się, przez na Kiczerę, na Skibce (jakieś 280 metrów). Więc trochę się przespacerowałem (tempo lekko powyżej 8 min/km), dzięki czemu posiłek się ułożył :) Pomimo tego jednak na 55km, na ostatnim punkcie w Przybyszowie byłem  jakieś 110 minut szybciej niż planowałem przed startem.
            Z punktu numer trzy pozostawał już tylko ostatni podbieg na Spaloną Górę i Kamień. Podbieg, na którym  - zgodnie z tym czym karciłem się na początku biegu - miałem sobie podbiec, skoro jestem takim zapierdalaczem. I wiecie co? Nie podbiegłem. 

Niektórzy mówili "O kurwa!", niektórzy "Jak tu pięknie!", 
a pozostali "O kurwa, jak tu pięknie!"

                  Byłem już dość mocno zmęczony. Odliczanie ostatnich kilometrów (chociaż mówiąc szczerze odliczać kilometry do końca zacząłem od radosnego już tylko półmaraton). Wbieg do Komańczy, już po ulicy, więc jako biegacz zdecydowanie miejski, stwierdziłem, że przypierdolę na ostatnim kilometrze. Ot tak - dla zabawy. Rzut oka na zegarek - prawie 69km, no to spinam się w sobie i ruszam szybciej, biorę zakręt, już chce mocniej zmusić mięśnie do pracy, po wyjściu na prostą...Wychodzę na prosta...a tam ze trzydzieści metrów i meta! To przypierdoliłem :) Konkubina twierdzi, że były po drodze tabliczki mówiące, że do końca jest 1300, 1000 itd metrów, ale jej nie wierzę. Skoro nie widziałem, to nie mogło ich tam  być, nie? Nieważne z resztą. Radość z osiągnięcia celu i tak olbrzymia (124 minuty szybciej niż zakładany czas; finalnie  trochę ponad dziewięć godzin i kwadrans) . Tak wielka,  że w szatni, śmierdzącej spoconymi facetami, rozlała się cytrynówka zwycięstwa. Dobrze wchodzi w takich okolicznościach.  

                  Cóż mogę, o ŁUT, powiedzieć dodatkowo? Przepiękna impreza. Widoki zapierające dech w piersiach (raz jeszcze dzięki Bogu za tę pogodę!), kibice wspierający biegaczy (ale tej ekipy z łysym typem, w Komańczy, już nie widziałem...a miał być. Obiecał). Punkty żywieniowe z wesołymi i pomocnymi wolontariuszami (kurwa...jak te ogórki smakowały...). Mistrz.No i błoto. Ludzie mówią, a oni zawsze coś mówią, że w porównaniu z przednimi edycjami, było prawie że sucho. Mimo tego, chyba więcej w życiu nie widziałem. Chwalmy Pana za kijki do biegania. Dzięki nim i wrodzonemu talentowi ekwilibrystycznemu nie wypierdoliłem się na ryj w to błoto. Kto wie? Może kiedyś, kiedyś, jak już do końca mi odwali, wystartuję w biegu główmy - 150 km ...

I co teraz? teraz 30 dni kompletnego odpoczynku od biegania.....

sobota, 2 września 2017

Ten sierpień, do innych, jest niepodobny.

          Sierpień. Miesiąc startów. Jak nigdy.  Kalendarzyk małżeński biegowy jasno wskazuje na to, że w sierpniu nigdy nie startowałem. Ani w 2016. Ani w 2015. W 2014 też nie. 2013 także bez startów. 2012 bez startów. 2011 tez nic. 2010 zero startów....2009 ...też nic...ale w 2009 jeszcze byłem normalny i nie biegałem. A w tym? Co drugi tydzień. Na pierwszy ogień poszły Dymarkowe Biegi Górskie. Dość kameralna impreza  organizowana w Nowej Słupi. Dwa dni, trzy starty. Pierwszy dzień dwa dystanse - 5 i 10km, drugiego dnia - półmaraton. A wszystko to w pięknych okolicznościach przyrody gór Świętokrzyskich. Piątak - typowy bieg anglosaski - najpierw dymanko pod górę, a później sruuuu w dół (nawet niezłe tempo mi wyszło dzięki tym zbiegom - 4:34min/km). Szybki prysznic,  przebranie się w suchą koszulkę, lekka przekąska i z powrotem na start. Dyszka przyszła trochę ciężej (5:59 min/km). Czuć było tę piątkę....To jednak nic w porównaniu z tym, co było na drugi dzień. Pomimo sumiennego rozciągania i lekkiego rolowania, nóżki, na start półmaratonu, nie niosły za dobrze.  Juz na samym starcie polówki - zonk - chciałem sobie przygotować patyki kijki (a co! Może trochę wstyd, bo nikt z kijami nie startował, ale dla mnie zajebista okazja do potrenowania) ...i chuj. Zapiekły się - dodam, że jak złożyłem je w kwietniu na Maderze, tak sobie leżały i zapiekały się (udało się je rozłożyć dopiero w domu, przy użyciu łóżka, kombinerek i smarowidła do łańcucha rowerowego). I dzięki temu dostałem praktyczną lekcję tego, o czym wszyscy wiedzą - sprawdź sprzęt przed wyjściem z domu. Cały!.


Zdobywanie Szczytniaka.


Po feralnym starcie (znakomite i zaszczytne ostatnie miejsce) dalej było już tylko lepiej. Chociaż nogi pobolewały, kijki sterczały z plecaka, leciało się, aż miło.  Finalnie 6:16 min/km przy przewyższeniu (wg zegarka) 850 metrów. Jak na mnie? Elegancko. 
No i niespodzianka na mecie. Nagroda dla tych, którzy się porwali na wszystkie dystanse.

 Statuetka, jak głosi plotka, z literówką.

Kolejny weekend był przerwą od startów. Był za to wyprawą w cudowne miejsce, w którym byłem pierwszy raz w życiu, a które mnie oczarowało. Góry Stołowe. Nie byłeś? Pojedź koniecznie. Przepiękne i niecodzienne widoki (skalne grzyby...WTF???), dając w kość, choć nie za wysokie górki, mnóstwo szlaków - do wyboru, do koloru. Góry bardzo trudne technicznie do zbiegania/wbiegania (przynajmniej dla takich amatorów jak ja i Moja Lepsza Połowa). No sami popatrzcie.

Tu i tak spoko, bo i ścieżka i schody....



          Zrobiliśmy dwie wycieczki 21km i 27 km. Połówkę w dużej części, po polskiej części trasy Supermaratonu Gór Stołowych.  Kusi żeby zrobić cały... Chociaż bankowo jest strasznie trudny.  Poszukajcie sobie informacji o tym jak wygląda jego finisz...bardzo fajne wejście po schodach. 
Jedyny minus to mrowie ludzi. Może nie na samych szlakach, ale na głównych atrakcjach (np. Błędne Skały) matko bosko! A Karłów? Mlodszy, mniejsyz, ale tak samo rozwydzrony brat Zakopanego. No, ale nie trzeba się tam wcale ładować, nie? Wróce tam...chociaż to kawał drogi z Warszawy, ale wrócę... bo pięknie.

Przecież mówię, że pięknie.

                Kolejny  weekend - niespodzianka - kolejny start. Konkubina wynalazła  półmaraton w Błoniu - 7 Półmaraton im. Janusza Kusocińskiego. Super trasa na życiówki - płasko jak na stole, jedna agrafka, która zwalnia - nic tylko lecieć. Pogoda była także razem z nami (lało i było chłodno, ale wolę tak, niz jakby miało byc 30 stopni), więc nic tylko lecieć do kwadratu. No to poleciałem. Życiówkę. Sam byłem w szoku. Na początku, patrzyłem na zegarek i mówiłem sobie - robisz to za szybko. Nie wytrzymasz tego tempa (gdzieś między 4:20 min/km a 4:29min/km). Szczególnie, że start ten miał być mocnym treningiem (miałem zrobić bieg z narastającą prędkością). Przyszedł 15 km, gdzie zaplanowałem sobie wskoczyć w trzeci zakres. No cóż...zupełnie niespodziewanie (patrząc przez pryzmat tego, ze treningi poza górami i startami, w ogóle prawie nie idą jak planuję) - HOP - w trzeci zakres. I w tym trzecim zakresie dowiozłem sie do mety finiszując z czasem 1:32:45. Szok. Niedowierzanie. Do tej chwili nie wierzę. Bo nic nie wskazywało na to, że tak się to zakończy.
                     Sama impreza - także dość kameralna,- bardzo przyjemna. Żarty, żarciki, ciepły posiłek, mili wolontariusze (dzieciaki, wszędzie dzieciaki...nawet się dziwiłem, ze dzieciak, kóry mi wydaje pakiet umie czytać - takim był młodziakiem), masaż po biegu. Gdyby nie pogoda (oczywiście, że pada, zaczęło mnie wkurzać już po odebraniu medalu), byłoby jeszcze lepiej, bo bym poleżał na trawie (na leżenie w kałuży się nie decydowałem).  Ciekawe czy uda mi się pobić ten czas już na początku września w BMW Półmaratonie?

Ten niezwykły sierpień, w obrazkach, wyglądał tak




Okrągłe 262 km.





piątek, 11 sierpnia 2017

Ja wiem, że czasem są upadki i wzloty.....

...ale najtrudniejsze do biegania, są cholerne powroty. 

         Długo.  Długo nie mogę dojść do takiej formy jakiej, w chwili obecnej bym sobie życzył. Po Maderze miałem 17 dni rozpusty. Nie robiłem, praktycznie, nic. Nooo...do roboty chodziłem. Ale tak sportowo, to nic.Maj był przeplatanką nakurwiania wódy z lekkim bieganiem. Wóda się lała, z racji wesleno-wieczorokawalersko-weslenych. Bieganie napawało optymizmem - niby lekkie rozruchy, ale jakoś tak przyjemnie i bez większej męki. Ot 150 km łącznie. A to jakies 10km w 5:35min/km, kilka podbiegów, tu trochę w drugim zakresie...takie tam wprowadzenie się po nicnierobieniu. jak na tamten moment było dobrze. Czujność została uśpiona....
           Przyszedł czerwiec. Wszystko zaczęło siadać....Kilometraż się zwiększył (cały czerwiec to 263 km), ale zaczęło doskwierać lenistwo. Ciągłe aaaa...dzisiaj sobie odpuszczę trening...do Maratonu Warszawskiego jeszcze tyle czasu..jakoś to będzie...jakoś się zmobilizuję niebawem... Chuja tam, się zmobilizuję. Za cholerę, nie zrobiłem żadnego z zaplanowanych BNP (dwa razy w ogóle nie poszedłem, dwa inne razy nie zrealizowałem treningu - albo za wolno, albo za krótko...).
To co było w czerwcu fajne, to wycieczka z Szanowną Konkubiną na Bieg Wierchami. Ja, jako stateczny starszy pan, wybrałem trzydziestokilometrowy bieg Waligóry, za to Moja Lepsza Połowa, postanowiła, jako ultras narodzić się w Rytrze i pobiegła Visegrad Ultra 55+km. Trochę wiało, padało, było błoto, ale sama imprezka na duży plus. Jeżeli będziecie mieli okazję się wyrac - jedźcie tam. 
Ach  no i tak - Konkubina przebiegła i została ultrasem pełną gęba (i nie mówicie mi, że biegi ultra  to od 1000 km w górę, a przed tym to popierdułka...bo to nieprawda).
          A po czerwcu, przychodzi lipiec.A, że lipiec do czerwca podobny, to i moje bieganie było podbne do tego, kótre było w czerwcu. Trochę przegoniłem lenia, bo grzecznie cztery treningi biegowe w tygodniu były, ale ich jakość...hm...ich jakość bardziej dawała się opisać sformułowaniem, że jakość to będzie. Treningi pod tytułem BNP cały czas w dupę (albo za wolno, albo za krótko...ech...do bani...), w długie wybiegania chciałem wpleść drugi zakres równy 1/3 całego planowanego dystansu...czasem się udało, czasem się nei udało, podbiegi ..no..cos tam podbiegam...ale przeważnie nie tyle razy co chcę; dodatkowo zdradziłem Agrykolę kosztem Kopy Cwila ( czytaj - skróciłem podbiegi treningowe  z 430 metrów na 170 metrów). Reasumując  - szału nie ma. Jedyna chwila radości i optymizmu wybuchła podczas biegu Powstania Warszawskiego. Nowa życiówka na 10km!!! Kompletnie niezamierzona, nieplanowana i ...jak widać zupełnie z niczego, co może świadczyć o dwóch rzeczach: 
- po pierwsze primo - jest ona chujowa 
- po drugie primo - mimo upływu lat, bieganie rozwija

Nowe, życiowe, tempo na dyszkę to 4:22min/km.  
Sam bieg? Oprawa i otoczka bardzo fajna - radośni ludzie, powstańcy snujący się wokół biegających śpiewając przy tym powstańcze piosenki, wieczór.... Bardzo fajnie. 
To co beznadziejne to końcówka trasy. Finisz nie jest długa prostą. Biegniesz, biegniesz...widzisz, że to już końcówka, ale nie wiesz dokładnie ile (mi tam zegarek przekłamuje, a to doda 100metrów, a to je odejmie...), skręcasz za róg ....i trach - meta stoi 50 metrów od ciebie. A w głowie myśl gdybym wiedział, to wcześniej bym przyspieszył... Trochę ratował sytuację gość, który przed zakrętam się piłował, że finisz jest zaraz za rogiem, ale ilu jest takich, co krzyczą, że meta jest blisko? Mógł organizator chociaż tablice co sto metrów, na ostatniej pięćsetce rozstawić...
Lipiec zamknał się w 308 kilometrach. 

Nie dziwi Was trochę to, ze nic nie mówię o ćwiczeniach na core? Pewnie dlatego, że ich nadal nie robię i aż głupio się powtarzać....

A teraz? A teraz jest sierpień...I to ostani dzwonek, zeby zrobić coś by godnie (oczywiście w swoich oczach) wypaść w Maratonie Warszawskim i ŁUT70.


Czas start!!!


a tymczasem idę na browary i na ekstraklasowe widowisko Legia - Piast. Poziom zbliżony do mojego biegania (patrz wspomniane, pierwsze primo).






czwartek, 27 kwietnia 2017

Wtedy będzie już finito, obiecuję Ci to...

      Marzenie spełnione. Z małym niedosytem, ale jakoś ten niedosyt, nie uwiera mojego sumienia. Madeira Island Ultra Trail zakończony sukcesem w 99,99999999999%. Ale po kolei.
Do Portugalii przyjechałem kilka dni wcześniej. Pierwsze trzy dni przebalowałem  przesiedziałem w Porto, stosując międzynarodowe metody wzmocnienia się przed biegiem.
Metoda niemieckich kolarzy - palenie papierosów, aby powiększyć pojemność płuc.
Metoda obywateli Czech dotycząca nawodnienia organizmu - piwo, piwo, piwo...
Metoda portugalsko/hiszpańska - wino jest dobre na wszystko, wiec wal przyjacielu.
Może to dość ortodoksyjne metody przygotowania, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi, a pomóc, już i tak nic nie pomoże. Potem żabi skok na Maderę, trzy dni spacerów po wyspie, żeby się trochę rozruszać i jednocześnie trochę sprawdzić teren. 
             Pierwsze  zetknięcie z MIUT wypadło tak sobie. Kolejka po odbiór pakietów, bardzo mało stanowisk do obsługi startujących (a w sumie były 4 biegi,wiec trochę ludzi było), zacinający sie system. Zetknięcie drugie - pasta party. Spóźnienie wydawki o prawie godzinę. Może by mnie to nie irytowało, gdyby nie to, że nie jadłem obiadu i byłem potwornie głodny. Po tym wszystkim zastanawiałem się co będzie dalej. 
              Na całe szczęscie, pod kątem organizacyjnym, dalej już było tylko lepiej. W dzień startu, sprawnie przetransportowano nas z Machico do Porto Moniz. Było trochę chłodno, ale adrenalina pozwalała na ignorowanie tego stanu. Na stracie zabawa na całego. Śpiewy, tańce...



Pojawiło się nawet takie zjawisko:

Nie wiem czy dobiegł w tym stroju...

              W końcu wybiła północ i START!!!
Już pierwsze kilometry uświadomiły mi to, że nie miałem pojęcia na co się porwałem. Serio. Same te podejścia po ulicach w Porto Moniz, strome jak wszyscy diabli, palące łydki podejście na Fanal, już to mi powiedziało, że to nie będzie biegnięte nogami. O nie...
Po Fanal szybkie zbiegnięcie (4,83 km/h...) i znów pod górę - tym razem na Estanquinhos. Ze względu na to, że strategicznie wystartowałem na samym końcu (co będę ludziom pod kijki właził) cały czas byłem zmuszony do tego, żeby, albo się wlec w żółwim tempie, albo szarpać na podejściu bokiem, wybijając sie z przyjętego rytmu. Wkurwiające. 

            W okolicach Estanquinhos zaczęło wschodzić słońce. I dobrze, bo chciałem już  ciepła (Estanquinhos ma 1500 m wysokości i trochę tam pizgało). Chociaż traciło sie przez to widok fantastycznie rozgwieżdżonego nieba. Co kilka minut zatrzymywałem się i zadzierałem głowę do góry, aby nacieszyć swoje oczy tym widokiem. 



Plan jaki miałem ułożony na ten bieg (jeszcze przed startem wiedziałem, że jest bardzo życzeniowy, ale chciałem mieć punkt wyjścia), to dotarcie do mety po około dobie. Założenia udało mi się utrzymać do piątego punktu kontrolnego - Encuemada. Już w kolejnym punkcie - Curral das Freiras byłem 50 minut do tyłu względem planów (chociaż ten odcinek nie był specjalnie górzysty, ale na zbiegach na Maderze, taki cienias jak ja nie miał jak szukać szybkości - czasami było wolniej niż pod górę. Powaga).





Następnie zaczął się fragment trasy, według opinii, którą wygłosił prowadzący odprawę przedstartową, mający sprawić najwięcej kłopotów. Podejście na Pico Ruivo ( 70 km trasy) i przejście na Pico de Areeiro. Pod Pico Ruivo podchodziłem z zawrotną prędkością 2,7 km/h. Już wtedy wiedziałem, że walczę tylko o dotarcie do mety, więc może dzięki temu było mi trochę łatwiej, Żadnej presji na wynik, tylko parcie do przodu.  Odcinek ten wyglądał tak:



           Powoli znów zaczynało robić się ciemno. 21 godzina wyścigu. Nigdy tak długo nie biegłem przemieszczałem się na własnych nogach. Miałem już wszystkiego dosyć. Dostałem jednak dodającego otuchy smsa, od Mojej Lepszej Połowy (która to biegła w maratonie), że przede mną już tylko ostatnia góra (jakbym sam nie wiedział), ale jest ona przejebana (a tego wcześniej nie wiedziałem). Poiso, bo o nim mowa, takie właśnie było. Prze-je-ba-ne (2,49km/h). Przynajmniej z mojej perspektywy. 85 kilometrów w nogach, a tu trzeba się wpierdalać na stromiznę...
Z Poiso, było już z góry, ale przez to wcale łatwiej nie było. Zaczynałem odczuwać brak snu. Miałem zaburzenia równowagi - co na Maderze, może skutkować spierdoleniem sie w przepaść. Pocieszające, prawda?
              Musiałem wyglądać bardzo źle, bo na każdym punkcie kontrolnym pierwsze pytanie, które słyszałem od wolontariuszy to "Kawy?".  Od przedostatniego punktu (Larano) robiłem dodatkowo za latarkę dla jakiegoś Francuza, któremu padły obie lampki, co dodatkowo mnie zwolniło (rzecz jasna nie miało to praktycznie żadnego znaczenia dla mnie; a przynajmniej zmotywowano mnie jeszcze troszkę, żeby nie usiąść nie czekać na koniec świata). Ostatni punkt, ostanie truchtanie po lewadzie, ostatni zbieg do miasta....i upragniony odcinek ogrodzony barierkami prowadzący do mety. Po drodze buziak z Moją Lepszą Połową i jestem. 29:23:30. Średnia prędkość 3,91 km/h. Ślimak, nie?

               Na mecie dodatkowo czekała para kibiców, która przyjechała z nami do Portugalii. Uraczyli mnie zupełnie jak w Krynicy - zimnym browarem w rękę. jaki on był dobry...smak mety; smak spełnionego marzenia.






piątek, 7 kwietnia 2017

Daj ać ja pobiegam, a ty pocziwaj...

          To dziś. Dziś zakończyłem ciężką część przygotowań do MIUT. Jutro jeszcze wyskoczę w góry Świętokrzyskie, żeby dwa dni wesoło pohasać (nie sądzę, żebym łącznie zrobił więcej niż 45km), a później 11 dni  czasu, który, jak kobieta, nie jedno ma imię. Możesz to nazwać BPS, możesz powiedzieć szlif, nazwij to taperingiem, albo uzasadnioną chwilą lekkiego lenistwa. Jak zwał, tak zwał - wiadomo o co chodzi. 
         Jakie mam odczucia? Czuję, że biegowo, przygotowałem się dobrze. Miałem kilka wpadek treningowych (nie wnikając już w to, czy z lenistwa, czy z braku sił). Sprawy około biegowe- jak ćwiczenia, czy odżywianie - no tak średnio bym powiedział. Marzec był dość intensywny - łącznie 335km (jak się okazuje tylko raz w życiu - w maju 2015 - przebiegłem więcej). Na wynik ten składa się, między innymi, wycieczka na Półsetkator Świętokrzyski (  ichniejsza mordoksiązka ). Jeżeli będziecie mieli okazję wybrać się na jakieś bieg happeningowy, który organizują, nie wahajcie się nie chwili. I pobiegacie po górach, a i zjecie coś pysznego ("ogórki meksykańskie" - mniam), zostanie zabawieni rozmową...Elegancja w najczystszej postaci. 
             Co więcej? W marcu też zrobiłem jedną z dwóch zaplanowanych pięćdziesiątek. Dzięki temu przypomniałem sobie, jak to jest, jak się długo biega.... A wiadomo, że zajebiście, nie? Oczywiście zajebiście patrząc z perspektywy czasu, bo jak się okazało, że zamiast 50km, musze zrobić 51km, bo zabłądziłem, to nie było to,  takie fajne.
                Punktem szczytowym, w którym poczułem, że jest całkiem dobrze, był start w 12 Półmaratonie Warszawskim. Przebłyski dość szybkiego biegania miałem już wcześniej, podczas robienia BNP, ale na połówce przeszedłem sam siebie, robiąc życiówkę (tak, wiem 1:33:46 nie powala, ale...ale to moja nowa życiówka i już :) ). Od strzału startera wszystko się układało dobrze. Chciałem pobiec na 1:35:00, ale nogi niosły, pogoda dopisała (było chłodno i prawie bezwietrznie), menele na Pradze kibicowali, aż miło. Po prostu warunki marzenie. W nagrodę za życiówkę, skróciłem sobie drugi bieg tego dnia z 18km do 11. Warto było walczyć. Stwierdzenie "punkt szczytowy" nie było użyte na wyrost. Od polówki, czuję leki zjazd, ale wierzę, że najbliższe dwa tygodnie wrócą świeżość i Madera da się pokonać.
Marzec,w obrazkach, zaprezentował się następująco:







Jak widać obrazki złapały też pierwszy tydzień kwietnia i drugie dłuuugie wybieganie - 49km. Trochę słabiej (czasowo) niż to pierwsze, ale i na niższym tętnie i w trudniejszych warunkach (pierwszy mega słoneczny weekend AD2017 - chyba ze 26 stopni było).


A teraz idę się pakować, żeby z rana do Świętej Katarzyny pojechać.