piątek, 11 sierpnia 2017

Ja wiem, że czasem są upadki i wzloty.....

...ale najtrudniejsze do biegania, są cholerne powroty. 

         Długo.  Długo nie mogę dojść do takiej formy jakiej, w chwili obecnej bym sobie życzył. Po Maderze miałem 17 dni rozpusty. Nie robiłem, praktycznie, nic. Nooo...do roboty chodziłem. Ale tak sportowo, to nic.Maj był przeplatanką nakurwiania wódy z lekkim bieganiem. Wóda się lała, z racji wesleno-wieczorokawalersko-weslenych. Bieganie napawało optymizmem - niby lekkie rozruchy, ale jakoś tak przyjemnie i bez większej męki. Ot 150 km łącznie. A to jakies 10km w 5:35min/km, kilka podbiegów, tu trochę w drugim zakresie...takie tam wprowadzenie się po nicnierobieniu. jak na tamten moment było dobrze. Czujność została uśpiona....
           Przyszedł czerwiec. Wszystko zaczęło siadać....Kilometraż się zwiększył (cały czerwiec to 263 km), ale zaczęło doskwierać lenistwo. Ciągłe aaaa...dzisiaj sobie odpuszczę trening...do Maratonu Warszawskiego jeszcze tyle czasu..jakoś to będzie...jakoś się zmobilizuję niebawem... Chuja tam, się zmobilizuję. Za cholerę, nie zrobiłem żadnego z zaplanowanych BNP (dwa razy w ogóle nie poszedłem, dwa inne razy nie zrealizowałem treningu - albo za wolno, albo za krótko...).
To co było w czerwcu fajne, to wycieczka z Szanowną Konkubiną na Bieg Wierchami. Ja, jako stateczny starszy pan, wybrałem trzydziestokilometrowy bieg Waligóry, za to Moja Lepsza Połowa, postanowiła, jako ultras narodzić się w Rytrze i pobiegła Visegrad Ultra 55+km. Trochę wiało, padało, było błoto, ale sama imprezka na duży plus. Jeżeli będziecie mieli okazję się wyrac - jedźcie tam. 
Ach  no i tak - Konkubina przebiegła i została ultrasem pełną gęba (i nie mówicie mi, że biegi ultra  to od 1000 km w górę, a przed tym to popierdułka...bo to nieprawda).
          A po czerwcu, przychodzi lipiec.A, że lipiec do czerwca podobny, to i moje bieganie było podbne do tego, kótre było w czerwcu. Trochę przegoniłem lenia, bo grzecznie cztery treningi biegowe w tygodniu były, ale ich jakość...hm...ich jakość bardziej dawała się opisać sformułowaniem, że jakość to będzie. Treningi pod tytułem BNP cały czas w dupę (albo za wolno, albo za krótko...ech...do bani...), w długie wybiegania chciałem wpleść drugi zakres równy 1/3 całego planowanego dystansu...czasem się udało, czasem się nei udało, podbiegi ..no..cos tam podbiegam...ale przeważnie nie tyle razy co chcę; dodatkowo zdradziłem Agrykolę kosztem Kopy Cwila ( czytaj - skróciłem podbiegi treningowe  z 430 metrów na 170 metrów). Reasumując  - szału nie ma. Jedyna chwila radości i optymizmu wybuchła podczas biegu Powstania Warszawskiego. Nowa życiówka na 10km!!! Kompletnie niezamierzona, nieplanowana i ...jak widać zupełnie z niczego, co może świadczyć o dwóch rzeczach: 
- po pierwsze primo - jest ona chujowa 
- po drugie primo - mimo upływu lat, bieganie rozwija

Nowe, życiowe, tempo na dyszkę to 4:22min/km.  
Sam bieg? Oprawa i otoczka bardzo fajna - radośni ludzie, powstańcy snujący się wokół biegających śpiewając przy tym powstańcze piosenki, wieczór.... Bardzo fajnie. 
To co beznadziejne to końcówka trasy. Finisz nie jest długa prostą. Biegniesz, biegniesz...widzisz, że to już końcówka, ale nie wiesz dokładnie ile (mi tam zegarek przekłamuje, a to doda 100metrów, a to je odejmie...), skręcasz za róg ....i trach - meta stoi 50 metrów od ciebie. A w głowie myśl gdybym wiedział, to wcześniej bym przyspieszył... Trochę ratował sytuację gość, który przed zakrętam się piłował, że finisz jest zaraz za rogiem, ale ilu jest takich, co krzyczą, że meta jest blisko? Mógł organizator chociaż tablice co sto metrów, na ostatniej pięćsetce rozstawić...
Lipiec zamknał się w 308 kilometrach. 

Nie dziwi Was trochę to, ze nic nie mówię o ćwiczeniach na core? Pewnie dlatego, że ich nadal nie robię i aż głupio się powtarzać....

A teraz? A teraz jest sierpień...I to ostani dzwonek, zeby zrobić coś by godnie (oczywiście w swoich oczach) wypaść w Maratonie Warszawskim i ŁUT70.


Czas start!!!


a tymczasem idę na browary i na ekstraklasowe widowisko Legia - Piast. Poziom zbliżony do mojego biegania (patrz wspomniane, pierwsze primo).






czwartek, 27 kwietnia 2017

Wtedy będzie już finito, obiecuję Ci to...

      Marzenie spełnione. Z małym niedosytem, ale jakoś ten niedosyt, nie uwiera mojego sumienia. Madeira Island Ultra Trail zakończony sukcesem w 99,99999999999%. Ale po kolei.
Do Portugalii przyjechałem kilka dni wcześniej. Pierwsze trzy dni przebalowałem  przesiedziałem w Porto, stosując międzynarodowe metody wzmocnienia się przed biegiem.
Metoda niemieckich kolarzy - palenie papierosów, aby powiększyć pojemność płuc.
Metoda obywateli Czech dotycząca nawodnienia organizmu - piwo, piwo, piwo...
Metoda portugalsko/hiszpańska - wino jest dobre na wszystko, wiec wal przyjacielu.
Może to dość ortodoksyjne metody przygotowania, ale stwierdziłem, że nie zaszkodzi, a pomóc, już i tak nic nie pomoże. Potem żabi skok na Maderę, trzy dni spacerów po wyspie, żeby się trochę rozruszać i jednocześnie trochę sprawdzić teren. 
             Pierwsze  zetknięcie z MIUT wypadło tak sobie. Kolejka po odbiór pakietów, bardzo mało stanowisk do obsługi startujących (a w sumie były 4 biegi,wiec trochę ludzi było), zacinający sie system. Zetknięcie drugie - pasta party. Spóźnienie wydawki o prawie godzinę. Może by mnie to nie irytowało, gdyby nie to, że nie jadłem obiadu i byłem potwornie głodny. Po tym wszystkim zastanawiałem się co będzie dalej. 
              Na całe szczęscie, pod kątem organizacyjnym, dalej już było tylko lepiej. W dzień startu, sprawnie przetransportowano nas z Machico do Porto Moniz. Było trochę chłodno, ale adrenalina pozwalała na ignorowanie tego stanu. Na stracie zabawa na całego. Śpiewy, tańce...



Pojawiło się nawet takie zjawisko:

Nie wiem czy dobiegł w tym stroju...

              W końcu wybiła północ i START!!!
Już pierwsze kilometry uświadomiły mi to, że nie miałem pojęcia na co się porwałem. Serio. Same te podejścia po ulicach w Porto Moniz, strome jak wszyscy diabli, palące łydki podejście na Fanal, już to mi powiedziało, że to nie będzie biegnięte nogami. O nie...
Po Fanal szybkie zbiegnięcie (4,83 km/h...) i znów pod górę - tym razem na Estanquinhos. Ze względu na to, że strategicznie wystartowałem na samym końcu (co będę ludziom pod kijki właził) cały czas byłem zmuszony do tego, żeby, albo się wlec w żółwim tempie, albo szarpać na podejściu bokiem, wybijając sie z przyjętego rytmu. Wkurwiające. 

            W okolicach Estanquinhos zaczęło wschodzić słońce. I dobrze, bo chciałem już  ciepła (Estanquinhos ma 1500 m wysokości i trochę tam pizgało). Chociaż traciło sie przez to widok fantastycznie rozgwieżdżonego nieba. Co kilka minut zatrzymywałem się i zadzierałem głowę do góry, aby nacieszyć swoje oczy tym widokiem. 



Plan jaki miałem ułożony na ten bieg (jeszcze przed startem wiedziałem, że jest bardzo życzeniowy, ale chciałem mieć punkt wyjścia), to dotarcie do mety po około dobie. Założenia udało mi się utrzymać do piątego punktu kontrolnego - Encuemada. Już w kolejnym punkcie - Curral das Freiras byłem 50 minut do tyłu względem planów (chociaż ten odcinek nie był specjalnie górzysty, ale na zbiegach na Maderze, taki cienias jak ja nie miał jak szukać szybkości - czasami było wolniej niż pod górę. Powaga).





Następnie zaczął się fragment trasy, według opinii, którą wygłosił prowadzący odprawę przedstartową, mający sprawić najwięcej kłopotów. Podejście na Pico Ruivo ( 70 km trasy) i przejście na Pico de Areeiro. Pod Pico Ruivo podchodziłem z zawrotną prędkością 2,7 km/h. Już wtedy wiedziałem, że walczę tylko o dotarcie do mety, więc może dzięki temu było mi trochę łatwiej, Żadnej presji na wynik, tylko parcie do przodu.  Odcinek ten wyglądał tak:



           Powoli znów zaczynało robić się ciemno. 21 godzina wyścigu. Nigdy tak długo nie biegłem przemieszczałem się na własnych nogach. Miałem już wszystkiego dosyć. Dostałem jednak dodającego otuchy smsa, od Mojej Lepszej Połowy (która to biegła w maratonie), że przede mną już tylko ostatnia góra (jakbym sam nie wiedział), ale jest ona przejebana (a tego wcześniej nie wiedziałem). Poiso, bo o nim mowa, takie właśnie było. Prze-je-ba-ne (2,49km/h). Przynajmniej z mojej perspektywy. 85 kilometrów w nogach, a tu trzeba się wpierdalać na stromiznę...
Z Poiso, było już z góry, ale przez to wcale łatwiej nie było. Zaczynałem odczuwać brak snu. Miałem zaburzenia równowagi - co na Maderze, może skutkować spierdoleniem sie w przepaść. Pocieszające, prawda?
              Musiałem wyglądać bardzo źle, bo na każdym punkcie kontrolnym pierwsze pytanie, które słyszałem od wolontariuszy to "Kawy?".  Od przedostatniego punktu (Larano) robiłem dodatkowo za latarkę dla jakiegoś Francuza, któremu padły obie lampki, co dodatkowo mnie zwolniło (rzecz jasna nie miało to praktycznie żadnego znaczenia dla mnie; a przynajmniej zmotywowano mnie jeszcze troszkę, żeby nie usiąść nie czekać na koniec świata). Ostatni punkt, ostanie truchtanie po lewadzie, ostatni zbieg do miasta....i upragniony odcinek ogrodzony barierkami prowadzący do mety. Po drodze buziak z Moją Lepszą Połową i jestem. 29:23:30. Średnia prędkość 3,91 km/h. Ślimak, nie?

               Na mecie dodatkowo czekała para kibiców, która przyjechała z nami do Portugalii. Uraczyli mnie zupełnie jak w Krynicy - zimnym browarem w rękę. jaki on był dobry...smak mety; smak spełnionego marzenia.






piątek, 7 kwietnia 2017

Daj ać ja pobiegam, a ty pocziwaj...

          To dziś. Dziś zakończyłem ciężką część przygotowań do MIUT. Jutro jeszcze wyskoczę w góry Świętokrzyskie, żeby dwa dni wesoło pohasać (nie sądzę, żebym łącznie zrobił więcej niż 45km), a później 11 dni  czasu, który, jak kobieta, nie jedno ma imię. Możesz to nazwać BPS, możesz powiedzieć szlif, nazwij to taperingiem, albo uzasadnioną chwilą lekkiego lenistwa. Jak zwał, tak zwał - wiadomo o co chodzi. 
         Jakie mam odczucia? Czuję, że biegowo, przygotowałem się dobrze. Miałem kilka wpadek treningowych (nie wnikając już w to, czy z lenistwa, czy z braku sił). Sprawy około biegowe- jak ćwiczenia, czy odżywianie - no tak średnio bym powiedział. Marzec był dość intensywny - łącznie 335km (jak się okazuje tylko raz w życiu - w maju 2015 - przebiegłem więcej). Na wynik ten składa się, między innymi, wycieczka na Półsetkator Świętokrzyski (  ichniejsza mordoksiązka ). Jeżeli będziecie mieli okazję wybrać się na jakieś bieg happeningowy, który organizują, nie wahajcie się nie chwili. I pobiegacie po górach, a i zjecie coś pysznego ("ogórki meksykańskie" - mniam), zostanie zabawieni rozmową...Elegancja w najczystszej postaci. 
             Co więcej? W marcu też zrobiłem jedną z dwóch zaplanowanych pięćdziesiątek. Dzięki temu przypomniałem sobie, jak to jest, jak się długo biega.... A wiadomo, że zajebiście, nie? Oczywiście zajebiście patrząc z perspektywy czasu, bo jak się okazało, że zamiast 50km, musze zrobić 51km, bo zabłądziłem, to nie było to,  takie fajne.
                Punktem szczytowym, w którym poczułem, że jest całkiem dobrze, był start w 12 Półmaratonie Warszawskim. Przebłyski dość szybkiego biegania miałem już wcześniej, podczas robienia BNP, ale na połówce przeszedłem sam siebie, robiąc życiówkę (tak, wiem 1:33:46 nie powala, ale...ale to moja nowa życiówka i już :) ). Od strzału startera wszystko się układało dobrze. Chciałem pobiec na 1:35:00, ale nogi niosły, pogoda dopisała (było chłodno i prawie bezwietrznie), menele na Pradze kibicowali, aż miło. Po prostu warunki marzenie. W nagrodę za życiówkę, skróciłem sobie drugi bieg tego dnia z 18km do 11. Warto było walczyć. Stwierdzenie "punkt szczytowy" nie było użyte na wyrost. Od polówki, czuję leki zjazd, ale wierzę, że najbliższe dwa tygodnie wrócą świeżość i Madera da się pokonać.
Marzec,w obrazkach, zaprezentował się następująco:







Jak widać obrazki złapały też pierwszy tydzień kwietnia i drugie dłuuugie wybieganie - 49km. Trochę słabiej (czasowo) niż to pierwsze, ale i na niższym tętnie i w trudniejszych warunkach (pierwszy mega słoneczny weekend AD2017 - chyba ze 26 stopni było).


A teraz idę się pakować, żeby z rana do Świętej Katarzyny pojechać.



wtorek, 7 marca 2017

Sometimes it's hard to be a runner....

46. 
Tyle właśnie dni pozostało do Madeira Island Ultra Trail. Ilość mieszanki pod tytułem "ekscytacja z respektem i odświeżającą  nutką niepokoju" rośnie we mnie w funkcji czasu dość mocno, wypierając przy tym zimną krew.  Co dobre, to to, e  w chwili obecnej, po powrocie do treningów, jestem pełen optymizmu. Kolano mnie nie boli - a przynajmniej nie tam, gdzie bolało wcześniej :) Lenistwo, objawiające się bardzo ostrożnym treningiem stabilności ogólnej (w wolnym tłumaczeniu: ćwiczenia na core stability dość rzadko...), nie boli w cale (jeszcze nie, ale za czterdzieści sześć dni...). Leciutki, ale sprawiający dziecięca radość, progresik rezultatów nie boli i chyba nie będzie bolał (umówmy się jednak, ze dwutygodniowa przerwa daje trochę odświeżenia, a ciało traci trochę wcześniejszych możliwości, więc o progres dość łatwo). Stopniowo docieram do momentu, w którym mniej więcej, byłem pod koniec stycznia. 
Więc teraz "tylko" systematyczny trening, modlitwa o to, żeby kolano się nie zesrało plus systematyczny trening. 
Miała być jeszcze dieta, żeby zrzucić, ze cztery kilo, ale odpuszczam. Jestem za słaby.

Na potrzebę podsumowania. Luty:




Łącznie 220km w średnim tempie 5:33
Zerknąłem z ciekawości na zeszły rok - luty 2016 245km w średnim tempie 5:06km/h. Znaczy do Wielkiej Prehyby byłem, w analogicznym okresie, lepiej przygotowany. Ups...

wtorek, 7 lutego 2017

Hello, you fool, I love you. Come on join the joyrun!

W poprzednim odcinku:

...jutro wyrok ortopedy. Ale będę apelował.  


No i już. Sam nie wiem, jak do tego podejść. Wyrok brzmiał, mniej więcej, tak: 
- Z opisu wynika, że nie powinien Pan do mnie w ogóle przyjść.   Z takim kolanem? (hahaha! z grzeczności). Ale proszę się nie martwić. Skieruję Pana na laser, pole elektromagnetyczne, ćwiczenia, dam prochy i na wiosnę powinno być dobrze.

Pierwsze pytanie - jak to? Na wiosnę to ja mam zawody, które są moim marzeniem.
Drugie pytanie - a co się stanie jak zacznę wcześniej?Zaraz po tych bajerach laserach.

I odpowiedź na drugie pytania, bo pierwsze jednak retoryczne, brzmi: nie wiadomo. Może nic, a może się zjebie do końca. 

Ni i dziś byłem na ostatnich laserach. Dwie godziny (!!!) ćwiczenia z rehabilitantem, sprowadziło się do  stwierdzenia, że się nie rozciągam (ze wskazaniem na czwórki) i mam koniecznie zacząć. A przecież się rozciągam i wałkuje...tak do tej pory myślałem. Do tej pory, robiłem to, praktycznie,  tylko po bieganiu i zajmowało mi to z 10 minut. Teraz rozciągam się codziennie tak z pół godziny. Do tego kilka ćwiczeń wzmacniających nogi - o zgrozo - większość znanych z wszelkich for/stron internetowych.Ćwiczcie. Mówię Wam. Nie jestem autorytetem, ale pięknym przykładem tego, do czego może doprowadzić nie robienie tego. A po co takie kolana komuś? 

Ze szczególnym naciskiem na ćwiczenie z 7:05. Powodzenia.



Do kompletu specyfik o wyglądzie czopka i nazwie Structum. 
 Żeby kompletnie nie zarosnąć postanowiłem te dwa tygodnie (no bo stwierdziłem, że zaryzykuję i wrócę do przygotowań na MIUT. Sam sobie mówię, że robię głupio - bo nawet nie źle, po prostu głupio, ale tak bardzo chcę tam pojechać i spróbować...) jakoś spożytkować. W ten oto sposób Moja Lepsza Połowo nakazała spinning. I tak poszedłem popedałować kilka razy. Fajna odmiana. Niezbyt długie treningi (35-45 minut), dość intensywne (raz się prawie otarłem o teoretyczne tempo maksymalne - bo zgaduję, że to około 185) i przebiera się nogami.
Dodatkowo raz jedna wycieczka w góry - do Rytra; no dobra...tam raz biegałem. Ale pojechać w góry i raz nie skosztować (wspominałem wyżej, że jestem głupi, nie?)?
Na szczęście (trochę na przekór) pogoda, nie do końca nam sprzyjała. Okolice zera, topniejący śnieg, który był jak błoto, strumyki wody spływające w dół i mgła.


 Pomimo tego wszystkiego - fantastycznie (no...prawie..żeby  nie te kolana...). To co mnie dodatkowo ucieszyło, to, to, że kolana nie bolały podczas biegu. Trochę je było czuć przy rozciąganiu, ale nie ma nawet co porównywać z tym, co było wcześniej. 

 Momenty, też były.

Finalnie, podsumowując styczeń wyszło 243km (w sumie, jak na mnie całkiem sporo). Obrazkowo, wyglądało to tak:





Dziś był ostatni dzień rehabilitacji. Zobaczymy, jak będzie.Znaczy - jak będzie dobrze.Bo nie chciałbym, aby było inaczej....

poniedziałek, 23 stycznia 2017

(Nie)wszystko idzie zgodnie z planem. A plany są jak zasady...

Generalnie wszystko jest proste. Cel jasny, plan przejrzysty, kroczki małe, żeby się nie potknąć nagle. I co?
I, za przeproszeniem,  gówno, jajco, psinco nic. Nic, cholera, się nie może udać. Odnosząc się tylko do historii najnowszej - czyli tego roku. 
Dzień pierwszy.
Plan - wstać rano i zrobić długie wolne wybieganie (25-30km)
Realizacja - Dżizas, kurwa, ja pierdolę!  Tak.Tak właśnie wyglądał mój pierwszy dzień roku 2017. Najdłuższy dystans to pokój-kuchnia, po napoje na kaca....przynajmniej tempo z planu utrzymałem

Dzień kolejny.
Plan - bieg z narastająca prędkością rozłożony na II zakres 14km,  III zakres 3km, i ostatni kilometr na maska
Realizacja: 14km nawet nie ocierając się o drugi zakres, 3km  w zakresie (ledwo) drugim (prawie przypłaciłem to życiem - mówię Wam),.a kilometr, który miał być na maksa? No coż...w zakresie drugim.

Inny dzień? Proszę bardzo.
Plan: 18km II zakres + kilka minut śmigania po schodach?
Realizacja: 12km w górnej części pierwszego zakresu.

Jeszcze inny dzień? Och drobiazg:
Plan: 50km w dwóch wybieganiach
Realizacja: nooo..to 43 wyszło...

Zakładając, że jaki początek roku, taki cały rok, to aż boję się pomyśleć, co będzie w marcu..bo o końcu roku nawet nie myślę. 

Na dokładkę, ze względu na podejrzane pobolewanie w kolanie, poszedłem na USG.
Wynik jest porażająco-przeażający.
-zwapnienie i cechy entezopatii przyczepu ścięgna mięśnia czworogłowego
- lateralizacja rzepki
- torbiele płynowe
- znaczny  wysięk w kaletce podrzepkowej
- łąkotka z cechami pęknięcia oraz z cechami wielokierunkowych uszkodzeń 
- ogólnie śmieć, kutas i zniszczenie

Czekam na wyrok od ortopedy, chociaż słyszę i optymistyczne głosy, że tylko ten opis tak fatalnie wygląda. No nic. Nie jestem lekarzem, nie znam się, internet - jak wiadomo powie wszystko, co się chce. Nic to. Zobaczymy.

Odkreślmy to wszystko gruba kreską, bo ten rok to nie tylko padaka. W końcu, udało się pojechać w góry pobiegać! Juhu!
Mróz do pasa, śnieg minus dwadzieścia. Albo odwrotnie. Ogólnie miazga. 


Boski widok, dany nieboskiemu stworzeniu.

Dwie wycieczki 17km i 16 km w niezbyt zawrotnym tempie (8:21 i 8:04 min/km) a radości co nie miara. Całość miała miejsce w Wiśle (ale, że figury Małysza z czekolady nie poszedłem zobaczyć, to sobie w brodę pluję cały czas...). Trasa wzdłuż polsko-czeskiej granicy.
Góry, może i niezbyt wysokie (taka Czantornia Wielka to raptem 995m n.p.m, Soszów Wielki 886m n.p.m), przewyższenia na trasie także nie za duże (932m i 766m), jednak z treningowego punktu widzenia, wycieczka nie do przecenienia.
No i przetestowałem nowe gadżety. Ale o tym innym razem. 
Póki co - jutro wyrok ortopedy. Ale będę apelował.

sobota, 31 grudnia 2016

Już minął drugi rok....

         Zapiernicza ten czas, jak, nie przymierzając,  bieganie w trzecim zakresie. Ledwo człowiek się otrząsnął po kacu z poprzedniego sylwestra, a już na niego czeka następny. Sylwester rzecz jasna. No dobra...kac, zapewne,  też. 
           Tak to już jest, że na koniec roku człowiek patrzy wstecz i próbuje dokonać pewnych podsumowań. 
Na początek, rzut oka na wpis z końca ubiegłego roku, który zawierał postanowienia na 2016 ( klik-klik ).Jedziemy:

W tym roku postanowieniem są ćwiczenia ogólnorozwojowe oraz core stability, które mam wpleść w tydzień treningowy. 
 No...mówiąc szczerze nie pykło. Próbowałem, coś tam porobiłem, ale im dalej w las .... Chyba przeniosę to postanowienie  na  2017.
 
Chciałbym też dokonać modyfikacji w samym treningu. Już przetestowałem co się dzieje ze mną podczas długotrwałego wysiłku, więc postanowiłem zdjąć trochę z objętości, kosztem szybkości. Więcej drugiego zakresu, dwa treningi dziennie, zamiast ponad trzydziestokilometrowych wybiegań itd, itp.

 No...mówiąc szczerze nie pykło. Próbowałem, coś tam porobiłem, ale zmieniłem koncepcję ... Patrząc na kłamstwo statystykę:






Jak widać, objętość się zwiększyła, a tempo spadło. Chyba już jestem za stary na szybkie bieganie. Rzecz jasna - szybkie dla mnie, bo dla innych moje szybkie bieganie, to truchcik. 

 No i chciałbym raz na jakiś czas wyskoczyć ze swoim Kochaniem w góry i ją (i siebie) trochę przegonić po pagórach. 
No...mówiąc szczerze nie pykło. Próbowałem, coś tam porobiłem, ale....udało się raz :).. Chyba przeniosę to postanowienie  na  2017.

Realizacja postanowień, jak widać, nie jest moją mocną stroną. Taaa...czego jak czego, ale silnej woli, to nie posiadam. Za to jestem  pełen nadziei. I  jakiś cichutki głosik kwili we mnie: uda ci się w 2017.

Starty w 2016? Tu poszło trochę lepiej. To zapewne dlatego, że lubię po prostu brać udział, chłonąć atmosferę imprez biegowych, ładować się tą energią i podekscytowaniem, które zawsze w takich miejscach, unosi się w powietrzu, a sam wynik schodzi, na odrobinę dalszy plan. Chociaż, oczywiście, nie jest bez znaczenia
.
Kwiecień

  Półmaraton Warszawski 

Wynik tak dobry, że aż sam się zdziwiłem. Szacunki z treningów wskazywały na czas w okolicach 1:41:00- 1:42:00. Dodatkowo biorąc pod uwagę nastrój, wszystko poniżej traktowałem jako sukces. Przyszedł dzień startu - piękna pogoda, bardzo dobre samopoczucie, serce przepełnione miłością...Strzał startera!!! I bach  1:37:haczyk.  

 Wielka Prehyba

Patrząc całościowo - było naprawdę dobrze.

Czerwiec

Sudecka Setka

W końcu,  finalnie, oczom ukazała się murawa z dmuchaną brama mety. Moje Kochanie kazało mi pobiec (bo jak ty będziesz wyglądał wchodząc na metę??? Ty biegacz jesteś czy chodziarz?) te 100 metrów do mety. Wbiegłem. Uścisk reki. Medal. I już. 13:49:47. Życiówka pobita o 1:15:15 


Sierpień

Półmaraton Praski

...do 14 kilometra było jeszcze jako tako, a później już wolnej. I woolniej... I woooolniej.... I jeszcze do mety brakowało trochę, wiec zwalniałem nadal. Finalnie 1:39:49. Dupy nie urwało, ale nie narzekam.

Wrzesień

Bieg 7 Dolin


Wbiegam sobie na metę lekkim krokiem kończąc z czasem 15:26:21. Wg. Garmina do 100 km zabrakło 500 metrów. 
Jaki ja w tamtej chwili byłem szczęśliwy.
Do tej listy należy jeszcze dopisać cykl Monte Kazury, który był świetny.
Patrząc, na te krótkie  cytaty, mogę powiedzieć, że
- głupio się cytuje samego siebie
- jestem grafomanem
-ze startów jestem zadowolony
No dobrze, czas wyrwać się z tej zadumy i wrócić do rzeczywistości. Grudzień treningowo trochę w kratkę. Z jednej strony zadowolenie. I podbiegi pod Agrykolę idą dobrze (14 powtórzeń daje mocno w dupę), i długie wybiegania też spoko (fakt, że tempo jest zatrważająco wolne, ale, już wspominałem o starości). Z drugiej zauważyłem, że po mocnej najebce nie jestem w stanie na drugi dzień zmusić się do treningu - i nieważne czy to bieganie, czy siłownia, stąd mam pewne luki w treningu.... Zatrważające, ale to kolejny znak starości - regeneracja już nie ta sama co kiedyś.

W obrazkach runlogowych grudzień  wyglądał tak:






A teraz? A teraz, po wczorajszym próbnym sylwestrze, zaprzeczając sam sobie, idę na ostatnie w tym roku kilometry. Na ciężkim kacu....
I wpisując się w trend  życzeniowy, życzę Wam biegowego nowego roku!